Sekret namiętności w długotrwałym związku

Reklamy

10 cytatów wybitnych psychoterapeutów

Inspirujący tekst pojawił się na blogu Michała Pasterskiego:

http://michalpasterski.pl/2017/10/10-cytatow-wybitnych-psychoterapeutow/

Słowa, które trafiają w samo sedno, mogą często rozpocząć głęboki proces zmiany sposobu myślenia. Przeczytaj 10 cytatów, które zainspirowały mnie do wielu cennych refleksji i które być może również dla Ciebie będą bodźcem do zajrzenia w głąb siebie.

Zaczytując się w książkach znanych i wybitnych psychoterapeutów, co kilka stron trafiam na otwierające umysł perełki, którymi postanowiłem się z Wami podzielić. Każdy z cytatów, który tutaj znajdziesz zawiera w sobie mądrość, która może stanowić dla Ciebie inspirację i bodziec do cennej refleksji nad swoim własnym życiem.

Czytaj je powoli i uważnie. Jeśli czujesz taką potrzebę, przeczytaj dany cytat kilkakrotnie.

Zastanów się, co te słowa dla Ciebie oznaczają? Jak je możesz odnieść do siebie i do swojego życia? A gdy któryś z cytatów trafia w samo sedno – zapisz go na kartce papieru i spoglądaj na niego w najbliższych dniach.

Wierzę, że to stało się jasne dlaczego, dla mnie, przymiotniki takie jak: szczęśliwy, zadowolony, rozanielony, przyjemny, nie wydają mi się właściwe do ogólnego opisu procesu, który nazywam “dobrym życiem”, nawet jeśli osoba w tym procesie doświadczałby każdego z nich w odpowiednim na to czasie. Ale przymiotniki, które wydają się ogólnie bardziej dopasowane, to: wzbogacony, podekscytowany, satysfakcjonujący, stanowiący wyzwanie, znaczący. Jestem przekonany, że proces dobrego życia nie jest życiem dla tchórzliwych. Zawiera on w sobie rozciąganie i wzrastanie ku korzystaniu bardziej i bardziej z potencjału danej osoby. Obejmuje odwagę do bycia. Oznacza, angażowanie siebie w pełni w strumień życia. Jednak dogłębnie ekscytującą rzeczą w byciu człowiekiem jest, że gdy jednostka jest wewnętrznie wolna, wybiera jako dobre życie ten proces stawania się. CARL ROGERS

Osoba to płynny proces, nie stały i statyczny byt; płynąca rzeka zmian, nie blok z solidnego materiału; stale zmieniająca się konstelacja możliwości, a nie ustalona ilości cech. CARL ROGERS

Żadna droga w moim życiu nie była tak długa jak ta, która miała mnie zaprowadzić do mnie samej. ALICE MILLER

Błędem, który często popełniają osoby cierpiące na problemy z poczuciem własnej wartości, jest przekonanie, że jesteśmy godni szacunku tylko wtedy, gdy jesteśmy godni podziwu. CHRISTOPHE ANDRE

Życie nie toczy się tak, jak powinno, ale jest takie jak jest. Sposób w jaki sobie z tym radzisz, stanowi całą różnicę. VIRGINIA SATIR

Nasze poczucie własnej wartości ma ogromny wpływ na to, co nazywamy miłością, i jakie mamy w stosunku do niej oczekiwania. Im wyżej cenimy siebie, tym mniej jesteśmy uzależnieni od nieustannych dowodów troski naszego współmałżonka. I odwrotnie, im niższa jest nasza samoocena, tym większą mamy tendencję do uzależniania się od bezustannych zapewnień o miłości, co może doprowadzić do błędnych wyobrażeń na jej temat. VIRGINIA SATIR

Jednym z błędów, jakie popełnia większość z nas, jest współczucie sobie lub innym, myśląc, że życie powinno być sprawiedliwe, lub, że pewnego dnia takie będzie. Nie jest i nie będzie. Kiedy popełniały błąd mamy tendencję do spędzania mnóstwa czasu pogrążając się w rozmyślaniach i/lub narzekając na to, co w życiu jest nie tak. “To niesprawiedliwe” – narzekamy, nie zdając sobie sprawy, że, być może, nigdy takim nie miało być. RICHARD CARLSON

Klucz do dobrego życia: jeśli nie masz zamiaru rozmawiać o czymś w ciągu ostatniej godziny swojego życia, nie czyń z tego głównej życiowej wartości.RICHARD CARLSON

Żyj tak, jakbyś żył po raz drugi, i tak, jakbyś za pierwszym razem postąpił równie niewłaściwie, jak zamierzasz postąpić teraz.
VICTOR FRANKL

My, którzy żyliśmy w obozach koncentracyjnych, pamiętamy ludzi, którzy chodzili po barakach, pocieszając innych, oddając ostatni kawałek chleba. Być może było ich niewielu, ale są oni wystarczającym dowodem na to, że człowiekowi można zabrać wszystko za wyjątkiem jednej rzeczy: ostatniej z ludzkich wolności – wyboru swojej postawy w każdych okolicznościach, wyboru swojej drogi. VICTOR FRANKL

 

Dzięki depresji otrzymujemy wyraźny sygnał, że czas na zmiany. To znak od ciała, że coś nas blokuje

Polecam wywiad o depresji ze znaną z artykułów dotyczących zdrowia, które ukazywały się przez wiele lat w ,,Zwierciadle”, dr Preeti Agrawal.

Wywiad ukazał się na stronie https://kobietainatura.pl/zdrowie-w-zyciu/menopauza-i-jesien-zycia/dr-preeti-agrawal-wywiad-o-depresji/

below the surface

WHO uznała depresję za jeden z pięciu najpoważniejszych problemów zdrowotnych na świecie. Przerażająca statystyka. 

Uważam, że depresja jest wynikiem tego, w jaki sposób żyjemy. Ale główny problem z tą chorobą polega na tym, że trudno ją zmierzyć. Nie mamy narzędzi badawczych, które mogłyby nam na nią jasno wskazać. Diagnozę stawia się na podstawie wywiadu, ale to bardzo subiektywna sprawa. Nie można powiedzieć: masz depresję, tak jak mówimy: masz anemię czy chore nerki. A na depresję choruje coraz więcej ludzi. W Niemczech ostatnio widziałam wielkie kliniki specjalizujące się tylko w leczeniu depresji. Odnoszę wrażenie, że im bogatszy kraj, tym więcej ludzi na nią choruje. Człowiek staje się coraz bardziej samotny, coraz bardziej skupiony na pracy. W kulturach, które żyją prościej, w mniejszym pośpiechu i napięciu, ten problem występuje marginalnie.

 

Dlaczego depresja dotyczy głównie kobiet? Chorują one dwa razy częściej niż mężczyźni.

Na całym świecie, pod każdą szerokością geograficzną, kobietom powtarza się, by nie okazywały złości i gniewu. Uczy się nas bycia miłymi, grzecznymi, nie pozwala pokazywać, co naprawdę czujemy. Mamy być uśmiechniętymi damami. Całą stłumioną złość kierujemy do wewnątrz. I to właśnie powoduje depresję. Żeby żyć zdrowo na poziomie emocji, trzeba zaakceptować siebie w pełni. Poczuć swoje negatywne emocje np. zazdrość, złość, gniew i w odpowiednich sytuacjach wyrażać je tak samo, jak wyrażamy uczucia pozytywne. Dzięki depresji otrzymujemy wyraźny sygnał, że czas na zmiany. To znak od ciała, że coś nas blokuje, nie pozwala nam się realizować. Kiedy jesteśmy uczciwi wobec siebie, akceptujemy się w pełni i dajemy prawo do przeżywania złych emocji, depresja nie ma szans.

Czyli uważa pani, że teorie o niedoborach estrogenów, progesteronu, serotoniny i innych zaburzeniach hormonalnych, czy też niewłaściwie działających neuroprzekaźnikach, a co za tym idzie – leczenie depresji farmaceutykami, jest leczeniem objawowym, nie docierającym do źródła problemu?

Dokładnie. Ale kiedy choroba jest rozwinięta, a chory przestał o siebie dbać, ma problemy ze snem, z jedzeniem (albo nie je, albo je za dużo), przestaje wykonywać swoją pracę i izoluje się od ludzi, można mu na początku pomóc lekami, żeby wróciła radość i chęć do życia. Im wyższy poziom serotoniny w mózgu, tym więcej człowiek ma radości życia. Ale ta choroba wynika z cech osobowości, więc trzeba szukać jej przyczyn głębiej. Badania mówią, że u chorych, którzy leczyli się tylko objawowo, w ciągu trzech latach od odstawienia leków depresja wraca. Zmiany biochemiczne, które pojawiają się w trakcie choroby związane są z naszym otoczeniem i sposobem, w jaki sobie z nimi radzimy. Nic się nie dzieje bez przyczyny.

Czytałam, że najwięcej zachorowań na depresję przypada na 30 i 60 rok życia.

Z moich obserwacji wynika, że depresja pojawia się w bardzo różnym wieku. Często chorują nawet młode kobiety, które stają w życiu przed ważnymi wyborami, dokonują jakichś istotnych zmian. Depresja to pewien rodzaj ucieczki przed światem, emocjonalne zamrożenie, wycofanie. Na przykład zauważyłam, że choruje na nią wiele dziewcząt, których rodzice się rozwodzą.

Czy z ciała kobiety płyną jakieś sygnały, które mogłyby wyraźnie wskazywać na depresję?

Często pojawiają się zaburzenia miesiączkowania, ale jako ginekolog nie mogę powiedzieć, że kobiety z depresją mają jeden konkretny, wyraźny problem natury ginekologicznej.

A depresja poporodowa?

Może pojawiać się, kiedy ciało jest zbyt mocno obciążone różnymi obowiązkami, zbyt wieloma zadaniami. Brak snu, silny stres i – co ważne – poród, który nie przebiegł zgodnie z oczekiwaniami kobiety, czy też brak wsparcia ze strony najbliższych sprawia, że pojawia się choroba. Innym powodem depresji poporodowej jest zła relacja z ojcem dziecka, bardziej widoczna w sytuacji stresowej, jaką jest dla młodych rodziców noworodek w domu. Kiedy kobieta nie jest dość silna, by poprosić o pomoc czy wyrazić swoje prawdziwe uczucia, ciało broni się przed światem samo.

To poważny problem, bo dotyczy nawet jednej czwartej młodych matek.

Mam wrażenie, że w dużej mierze może wynikać z niezrozumienia ich potrzeb. Kultura Wschodu otaczała matki po porodzie troskliwą opieką, zostawiając jej jedynie opiekę nad noworodkiem. Kobiety nie zajmowały się gotowaniem, sprzątaniem i robieniem zakupów, wysypiały się, miały czas na regenerację po trudach porodu. Powoli odzyskiwały siły. Rozumiano, że to bardzo trudny etap przejściowy do nowego życia, więc je wspierano. Na Zachodzie od kobiet bardzo wiele się wymaga i zostawia je samym sobie. Do tego silna „medykalizacja“ porodu jeszcze pogłębia złe samopoczucie. Kobiety, które rodziły naturalnie, z radością, mają bardzo wysoki poziom oksytocyny. Naturalny, fizjologiczny i dobrze przeżyty poród jest jak parasol ochronny.

Kobiety z depresją poporodową spotykają się z dużym niezrozumieniem. Wmawia się im, że macierzyństwo to najpiękniejsze, co je może spotkać. Kiedy się nim nie cieszą jak należy, traktuje się ich przygnębienie jak fanaberie.

Wynika to z postrzegania człowieka jedynie jako ciała. Nie widzi się, że człowiek ma przeszłość, żyje w określonych warunkach. Nasze emocje są uzależnione od bardzo wielu spraw. Trudno wymagać od matki, która ma piąte dziecko z alkoholikiem, żeby cieszyła się macierzyństwem. Nie ma jednych kryteriów, jednej miary, którą można by przyłożyć do wszystkich kobiet.

Naukowcy biją na alarm – liczba depresji poporodowych rośnie.

Wynika to z coraz poważniejszych i coraz częstszych ingerencji w poród naturalny. Dlatego nie można  wykluczyć,  że  coraz  więcej młodych mam będzie  się zmagać  z depresją poporodową

Zdarza się, że depresja pojawia się także w ciąży.

Jeśli mam pacjentkę, która w przeszłości chorowała na depresję i planuje ciąży, zalecam specjalne przygotowania przed poczęciem. Ważna jest rozmowa z partnerem i zapewnienie z jego strony, że otoczy kobietę troską, da jej wsparcie, zdejmie z jej barków nadmiar obowiązków. Zmęczenie zwiększa ryzyko zachorowania na depresję, tak samo jak huśtawka hormonalna. Profilaktyka jest najlepszym lekarstwem. Najlepiej zapobiec chorobie, zanim się pojawi. Nie trzeba wtedy sięgać po leki, których działanie nie jest obojętne dla dziecka.

Czy podczas brania antydepresantów można karmić piersią?

Substancje zawarte w lekach przenikają do mleka matki, wskutek czego układ nerwowy dziecka nie rozwija się tak, jak powinien. Poza tym, jak już mówiłyśmy – leki tylko tłumią objawy, nie docierają do sedna choroby.

Teoria Melanie Klein mówi, że skłonność do depresji  tworzy się w pierwszym roku naszego życia. Jeśli mamy matkę pełną złości, gniewu, i uczucia te dominują nad miłością, to później chorujemy.

Tak, ale mówimy o złości nie wyrażanej wprost. W pierwszym okresie życia emocje matki karmią nasz układ limbiczny. Matka emocjonalnie chłodna, nie okazująca uczuć, zamknięta w sobie, ma ogromny wpływ na nasze życie, zwłaszcza w okresie prenatalnym i w pierwszym roku życia, kiedy kształtują się struktury naszego mózgu.

Inne badania mówią, że część dziewczynek, których matki chorowały na depresję w czasie ciąży, też w przyszłości w czasie ciąży zachoruje na depresję. Wiemy, że tak jest, naukowcy jednak nie poznali jeszcze mechanizmu, dlaczego tak się dzieje.

Zgadzam się z tą teorią. Depresje, stany lękowe  – mam kilka takich pacjentek. Z rozmowy z nimi wynika, że mają dobre życie i nie ma powodów, dla których miałyby się czegokolwiek bać. Ich ciąże przebiegają wzorowo, są w dobrych relacjach z najbliższymi, mają ustabilizowaną sytuację zawodową i finansową. Same nie rozumieją, dlaczego czują to, co czują. W takich przypadkach zalecam im rozmowę z własną matką, by dowiedziały się, jak przebiegała ich ciąża. Czy się czegoś bały? Co się wydarzyło, kiedy były w ciąży? Teoria o dziedziczeniu lęku się potwierdza. To, czego doświadczyłyśmy w łonach naszych matek uaktywnia się, kiedy same jesteśmy w ciąży. Praca z psychiką pacjentek jest częścią mojej praktyki.

A hormony? Mówi się, że niektóre pigułki antykoncepcyjne sprzyjają rozwojowi depresji.

Niski poziom estrogenu rzeczywiście sprzyja depresji, co widać po częstych zachorowaniach wśród kobiet w wieku okołomenopauzalnym. Wysoki poziom estrogenu zwiększa poziom serotoniny. U osoby, która już ma problemy, niski poziom tego hormonu może pogłębić objawy depresji. Dlatego hormonalna terapia zastępcza w takim przypadku ma sens. Dobrana indywidualnie do potrzeb konkretnej pacjentki może jej pomóc. Trzeba być jednak bardzo ostrożnym, żeby nie odnieść skutku odwrotnego od zamierzonego: syntetyczne progestageny, występujące w hormonalnej terapii zastępczej, mogą sprzyjać depresji. Na szczęście bioidentyczny, roślinny progesteron, dostępny na rynku, nie ma takich skutków ubocznych. Wybór właściwej terapii jest bardzo istotny.

Istnieją naturalne metody, którymi można sobie pomóc?

Regularne ćwiczenia fizyczne podnoszą poziom endorfin. Alkohol, który chwilowo przynosi ulgę, tłumiąc nasze prawdziwe uczucia, na dłuższą metę tylko pogarsza sprawę, wpływa na cały układ hormonalny, rozregulowując go, więc koniecznie trzeba z niego zrezygnować. Kawa, cukier – działają tak samo, wpływając na poziom hormonów i wydzielanie insuliny. Stabilny poziom serotoniny tworzymy zdrową, zbilansowaną dietą. Produkty, które powoli uwalniają cukier, mogą być w leczeniu depresji dużym wsparciem. Bardzo pomaga też witamina B6, C i magnez. Udowodniono również, że dziurawiec, zażywany cztery razy dziennie, także podnosi poziom serotoniny. Korzystna jest suplementacja preparatami zawierającymi prekursor dopaminy – tryptofan.  Pomocna może być także akupunktura, akupresura, masaże, refleksjologia stóp i twarzy.

A depresja sezonowa? W zimie zazwyczaj oświetlamy wnętrza światłem o sile 500 luksów, a w letni, słoneczny dzień dostarczamy ich sobie aż 100 000. Trudno nie wpaść w zimie w depresję. 

Ten rodzaj depresji pojawia się w okresie jesienno – zimowym u części osób, które przeżywają  problemy emocjonalne, albo wykazują skłonność do depresji. Kiedy są przemęczone, niedospane, a na zewnątrz jest za mało światła, łatwo wpadają w depresję lub stany przygnębienia. Osobom, które mają tendencje do pogorszenia nastroju w tym czasie, zalecam przygotować się wcześniej, żeby do niego w ogóle nie dopuścić. Warto stworzyć sobie program profilaktyczny i zacząć go wprowadzać w życie już na początku października. Ważne jest codzienne przebywanie na świeżym powietrzu, także podczas brzydkiej pogody. Zazwyczaj, kiedy dnie są krótkie, czas gdy jest jasno spędzamy w pracy. Można spróbować znaleźć choćby pół godziny na spacer w świetle dziennym. Wykonywać ćwiczenia fizyczne trzy razy w tygodniu, zrezygnować z cukru i alkoholu, stosować suplementację i pic regularnie napar z dziurawca. Depresji sezonowej możemy w  ten sposób uniknąć.

Statystyki mówią, że tu znów kobiety cierpią bardziej: wśród chorych jest 80% kobiet i tylko 20% mężczyzn. Myślałam, że to kwestia hormonów.

Depresja mówi do nas, że czegoś pragniemy, ale czasem nie umiemy tego nazwać  i tym samym nie możemy zrealizować swoich pragnieńPrawdziwa przyczyna depresji może być poznana przez psychoterapię, dogłębną analizę naszych myśli i uczuć. Najpierw zawsze są myśli, dopiero później w odpowiedzi na te mysli , wytwarzane są hormony. Sposób myślenia: jestem kobietą, mam takie a nie inne hormony, więc mam depresję – jest błędne. Naprawdę uważam, że najważniejsze są tu przyczyny społeczne, nie pozwalające kobietom korzystać z wszystkich emocji. Na całym świecie źle widzi się kobiety, które potrafią się buntować, głośno i wyraźnie mówić „nie” i iść za głosem swojego serca. Ale sądzę, że każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie, bo każdy z nas ma inne doświadczenia życiowe. Jedno jest pewne – każdy rodzaj depresji należy traktować jako podpowiedź, jako znak, że nadszedł czas na zmiany. Ciało jest mądre, mówi do nas w ten sposób o czymś ważnym. Depresja budzi nas do prawdziwego życia, do życia z sensem. To cierpienie ma nas mobilizować do życia w harmonii.

CZY SERIALE MOGĄ UZDRAWIAĆ ?

Rozmowa z mężem  Manueli Gretkowskiej, psychoterapeutą w nowym SENSIE.

Skopiowana w Facebooka Manueli Gretkowskiej.

Piotr Pietucha: Sądzę, że sztuka – zarówno jej tworzenie jak i odbiór – jest głęboko terapeutyczna. Nasze życie to opowieść. Pełna przeżyć, znaczeń, przekonań. Wszyscy jesteśmy twórcami – scenarzystami, reżyserami, aktorami. Tworzymy kino osobiste. Podczas terapii stajemy się odbiorcami swojego dzieła: widzem, recenzentem, krytykiem. Sesja przypomina seans filmu z własnego życia, a proces długoterminowej terapii to pasjonujący i wciągający serial. Często wewnętrzne treści eksplodują strumieniem obrazów naładowanych emocjami. Terapia, podobnie jak sztuka , to trepanacja ducha.

M: Czy film może być kluczem, wytrychem umożliwiającym dostęp do czyjegoś wnętrza?

P: Oczywiście, może być w tym bardzo pomocny. Czasem łatwiej utożsamić się z jakimś dziełem, albo podglądać bezpiecznie fikcyjne dramaty w poczuciu, że to nic osobistego. I nagle jakaś scena powoduje, że wybuchamy płaczem. Często identyfikujemy się z bohaterem albo przeżyliśmy podobne sytuacje. Film dotyka przeżytej traumy, wydobywa bolesne wspomnienia. Czegoś nad czym można i trzeba pracować. Odkrywanie siebie na terapii przypomina trochę film science fiction. To tajemnicza podróż w kosmos własnego wnętrza. Wyprawa w krainę zatartej przeszłości, mętnej teraźniejszości, w mglistą przyszłość. Kim jestem, czego chcę, od czego uciekam? Ludzie krążą, brodzą w zdarzeniach jak pogubieni bohaterowie z filmów Terence’a Mallicka.

M:W jaki sposób wybrać odpowiedni „film na receptę”, skoro wiemy że zawsze projektujemy siebie na ekran kina, własne emocje i doświadczenia. Na jednym seansie, każdy z nas może oglądać inny film….

P:Raczej nie używam filmów w zamierzony sposób, nie sugeruję ich oglądania. To sami pacjenci wnoszą je w trakcie sesji. Obejrzeli coś mocnego, co ich poruszyło, przygnębiło. Dla mnie to oczywisty dowód, że dotknęły czegoś ważnego. Zaczynamy więc o tym rozmawiać. Często czujemy opór przed zwierzeniami, mówieniem o sobie wprost. Odwołanie się do symbolu czy metafory filmowej jest ułatwieniem. Konkretne sceny, obrazy mogą uruchomić zablokowany, nieświadomie ukryty ładunek wspomnień, zanegowanych przeżyć. Zanurzenie we własną intymność bywa trudne, podzielenie nią z innymi wydaje się często niemożliwe. Zwłaszcza dla mężczyzn.

M:Filmy okazują się pomocne szczególnie w terapii z mężczyznami? Dzięki temu łatwiej jest rozmawiać o emocjach. A to z emocjami mężczyźni mają dzisiaj największy kłopot. Trzymają je na wodzy, jak w filmie „Wstyd” Steve McQueena.

P:Mężczyźni często milczą, albo nie mówią wprost o tym co przeżywają. To nie znaczy, że są niewrażliwi. Mnóstwo rzeczy ich porusza, przeraża, wkurwia. Ale nauczyli się maskować, odcinać własne emocje. Odwieczna męska strategia. Dla psychiki bywa destrukcyjna – dobrze to widać w filmie „Wstyd”. Siostra głównego bohatera jest nadmiernie ekspresyjna, zalewają ją fale emocji, nad którymi nie panuje. On jest odcięty, wydaje się pusty, emocje go irytują i blokują. Rozładowuje się przez seks pozbawiony bliskości. Intymność go obezwładnia, czyni impotentem. Ten film może być doskonałym wstępem do szczerej rozmowy o uzależnieniu od seksu.

M:Odcinając się od nieprzyjemnych emocji negatywnych, jak ból czy smutek, zamykamy się też stopniowo na te pozytywne, jak radość i poczucie szczęścia. Wypisujemy się całkowicie z klubu emocji. Nie da się zamknąć tylko na to, co niewygodne…

P:Bywa, że człowiek odcięty, wewnętrznie pusty szuka mocniejszych wrażeń aby się ożywić, sobą potrząsnąć. Świetnie jeśli wywołuje to sztuka. Gdy oglądamy mocny film, często w samotności, nie czujemy się cenzurowani. Facetom ciężko się wzruszać przy innych. Odczuwają wstyd nawet przed samym sobą. Książka czy film potrafią otworzyć co pozwala potem dotrzeć do źródeł różnych problemów.
Depresja u kobiet częściej przyjmuje postać smutku i rozpaczy, u mężczyzn apatii lub gniewu. Wszyscy nią dotknięci mają cienką skórę i poczucie bezradności. Ale u facetów typowy jest tzw. krótki lont. Kultowy „Dzień Świra” to dla mnie perfekcyjna ilustracja męskiej depresji. Ludzie widzą groteskowego inteligenta miotającego się w swoim nieudacznym życiu. Typowego świra, którego można obśmiać i zbyć. A to jest obolały, wściekle bezradny, zrozpaczony, przeraźliwie samotny człowiek. Nie potrafi zmienić życia, którego nie akceptuje. Nie znosi swojej pracy, ludzi, matki, siebie. Próbuje pisać wiersze o utracie miłości, sublimować rozpacz, ale nawet to mu nie wychodzi. Skupia się na tym co stracił, a nie na tym co ma i co mógłby jeszcze ze sobą zrobić. Tragiczny obraz człowieka zatrutego bezwładnym negatywizmem. Powinien się leczyć, przyjmować antydepresanty, poddać terapii. Przestać męczyć siebie i innych.
Depresja to osamotnienie, nienawiść i pustka. Często alkoholizm. Błędne koło powolnego obłędu. Szarpiemy się ostatkiem sił bojąc utonąć. Należy wtedy „położyć się na wodzie”. Ale nie jest to proste. Jesteśmy dzisiaj okropnie przestymulowani – potrafimy się byle gównem histerycznie napędzić. Nie potrafimy jednak się ukoić. Robimy to najczęściej nieudolnie i destrukcyjnie, dolewając oliwy do ognia. Nic tak nie wzmaga lęków jak chlanie, ćpanie, obżarstwo, kompulsywne aktywności czy obsesyjne wkręcanie się w politykę, medialny chłam. W takich stanach dobry serial może być w miarę bezpiecznym, uśmierzającym remedium. Kiedy pacjent wyznaje: Cały weekend przeleżałem odłogiem, oglądając kilka sezonów „Dextera” lub „Breaking Bad” to ja to świetnie rozumiem. Intensywne oglądanie seriali – swoisty eskapizm, ale lepszy niż imprezowanie z kacem, głupawe romanse czy trywialne gry komputerowe. Odrywa od własnych problemów i angażuje emocjonalnie. Taka identyfikacja bywa zbawienna np. dla naszego rozjuszonego, wewnętrznego „cienia”. Może być odreagowaniem, dać namiastkę wspólnoty z człowieczeństwem, bywa inspiracją do zmiany. Katarsis ma różne oblicza. Czasem napełnia nas oczyszczająca, ożywcza furia wyrażająca się w poczuciu, że nie chcę już być ofiarą, chowającym głowę w piach cieniasem!

M:A dlaczego akurat serial „Breaking Bad” może działać oczyszczająco?

P:Istotą terapii jest pogląd, ogląd i wgląd oraz wynikająca z nich transformacja. Przemiana bohatera jest tematem niezliczonych dzieł sztuki filmowej. W kultowym „Breaking Bad” czyli jak go nazywam „Podkurwionym”, punkt wyjścia jest podobny do „Dnia Świra”. Życiowy nieudacznik, sfrustrowany nauczyciel z upośledzonym synem, pogardzany przez uczniów, upokarzany przez przemądrzałego szwagra. Ale nie zadowala się miauczeniem, tym wiecznym, polaczkowatym, wkurwionym zrzędzeniem. Może to amerykański mental, albo despera zagrożenia śmierteleną chorobą daje mu napęd. Ta energia jest motorem metamorfozy. Z zagubionego cieniasa zamienia się w pewnego siebie samca alfa, potem niestety w bezwzględnego psychopatę.
Podobny, niemal ekstatyczny wkurw jest wstępem do przemiany bohaterki filmu „Sierpień w hrabstwie Osage”. Pamiętna scena rodzinnej stypy, gdzie Julia Roberts wygarnia całą gorzką prawdę toksycznej matce.

M:Tego rodzaju potencjał mają w sobie również westerny. Dobro zawsze tam zwycięża…

P:Przeważnie tak, dlatego bywają krzepiące. Westerny w prosty sposób odwołują się do archetypów męskości. Ich bohaterowie są swobodnymi jeźdźcami. Rywalizują, ale potrafią być lojalni i szlachetni. Umieją zwyciężać, ujeżdżać konie i walczyć. To wyzwanie dla współczesnej męskiej duszy. Dzisiaj przeważnie siedzisz jak szczur w klimatyzowanej klatce, nafaszerowany trywialną korpo, mitologią „dowożenia” sukcesu, skurczony nad komputerem. Gdzie tu jest miejsce na realną męskość? Na kontakt z naturą, swobodę, na wewnętrzny spokój i siłę, na harmonijne trwanie? Obłęd, któremu ulegliśmy w imię lepszego życia. Tylko kiedy i gdzie ma się ono spełnić?

M:Mężczyźni nie mają gdzie poczuć się dzisiaj bohaterami?

P:Mamy być wojownikami, rycerzami o czułych sercach, chłodnych głowach i stalowych nerwach. Namiętnymi, rozumiejącymi kochankami, tkliwymi tatusiami i lojalnymi partnerami. Mamy sadzić sadzić drzewa i budować zdrowe związki. A jesteśmy neurotyczną, rozedrganą, wątpiąca w siebie masą niespełnienia. Uzależnioną od alkoholu, ćpania, internetu. Coraz krytyczniej i ostrzej postrzeganą przez rozczarowane kobiety.

M:Co zmieniło się na przestrzeni ubiegłych lat, kiedy pracowałeś głównie na westernach. A teraz? Jakich filmów potrzebują i szukają mężczyźni?

P:Pacjenci często odwołują się do popularnych teraz kryminałów. Myślę, że ma to związek z postępującym brakiem poczucia bezpieczeństwa. A także mówiąc psychoanalitycznie, z odszczepionym w nas agresywnym cieniem. Instynktem śmierci, żądzą agresywnego rewanżu, mordu. Jesteśmy sfrustrowani codziennym wykorzystywaniem, upokarzaniem i pogardą. Te zwały duchowej trucizny zalegają w nas, zabetonowane cywilizacyjną ogładą jak w Czernobylu.
Więc kryminały mogą spełniać masę pożytecznych funkcji. Mogą nas uspokajać – zawsze znajdzie się jakiś nieprzejednany, uczciwy detektyw czy nieskorumpowany glina i rozwiąże sprawę. Prawo okaże się skuteczne, sprawiedliwość zatriumfuje, ład moralny zostanie przywrócony. Wiele z tych filmów nasączonych jest przenikliwymi obserwacjami obyczajowymi, celną krytyką społecznych i indywidualnych dewiacji. Są realistycznymi obrazami współczesnych, skomplikowanych relacji. To klony dramatów Szekspira z fantastyczną dramaturgią, psychologicznie wiarygodne i emocjonalnie ekscytujące.

M:W terapii lepiej działają bajkowe westerny czy realistyczne kino jak „Róża” i „Wołyń” Smażowskiego lub „Jesień w hranstwie Osage”?

P:Wiesz, ja na „Wołyń” nie poszedłem i nie pójdę. Wychowałem się na Majdanku, mój lubelski dziadek notorycznie oprowadzał mnie po obozie śmierci, z jakąś niezrozumiałą dla małego chłopca pedagogiczną premedytacją. Ale to mnie nie znieczuliło, przeciwnie. Rzeczywistość filmu „Wołyń” mnie przerasta i nie chcę się z nią mierzyć, jakkolwiek to dziwnie brzmi w ustach terapeuty. Cieszy mnie luksus takiej odmowy. Czasem musimy się odcinać i chronić.
Co do „Sierpnia w Osage” to jest to dla mnie osobiście ważny film. Powraca także w opowieściach pacjentów. Są często delegatami chorego układu rodzinnego. Przynoszą na sesje swoje dzieciństwo, toksyczną rodzinę. Zazwyczaj są Dorosłymi Dziećmi Alkoholików. Ofiarami tej powszechnej zmory, pseudo cywilizowanej kultury, która od wieków niszczy nasze życie wódą. Ten przejmujący film jest klarowną ilustracją wielopokoleniowego triumfu rodzinnej patologii. Z całym jej niszczycielskim wyposażeniem: głupoty, obłudnej religijności, elementarnego braku wzajemnego szacunku i empatii.
Gdy w terapii zaczynamy sobie uświadamiać skąd jesteśmy i czym nasiąkliśmy, mamy większa siłę, żeby coś z tym sensownego zrobić. To nas czasem konfliktuje z rodziną, która chce trwać we współuzależnieniu lub zamiatać patologię pod dywan. Terapia jest procesem bolesnym, wydobywającym brudy. Przypomina cierpliwe borowanie, trzeba dobrze oczyścić z próchnicy, zanim założy się plombę. Niektóre filmy ukazują co może się dziać w rodzinie, kiedy patologia zaczyna się przelewać, a ktoś znajduje w sobie siłę, żeby się temu przeciwstawić i uwolnić.

M:Świetnie to pokazuje również „Festen” Thomasa Vintreberga.

P:Duńskie kino odważnie podejmuje trudne obyczajowo kwestie. Dla mnie, wielbiciela Bergmana, to fantastyczna, skandynawska postawa uczciwej konfrontacji z egzystencjalnymi dylematami. Wrażliwa, wnikliwa i pełna szacunku dla osobistej integralności. Takie kino dotyka nas, zmusza do refleksji, uczy empatii, otwiera na inność. Jest sposobem na odreagowanie lęków, umożliwia wyrażenie najtrudniejszych emocji. Ale przede wszystkim stanowi nieprawdopodobną szansę na wgląd w nas samych.

M:Czasami czujemy, że film coś w nas zrobił, tyle, że nie wiemy co… Jak zajrzeć w siebie dzięki filmom?

P:Rozmawiać o nich. Kiedy miałem 16 lat zapisałem się do dyskusyjnego klubu filmowego w kinie „Wiedza” w Pałacu Kultury. Po wieczornym seansie i dyskusji wracaliśmy z przyjacielem pieszo na Ochotę. Po drodze gadaliśmy i te rozmowy pod nasza klatką przyciągały się późno w noc. Od filmu przechodziliśmy płynnie do naszych doświadczeń, przeżyć. Tak mi zostało. Nie wyobrażam sobie życia bez sztuki. Wyobrażam sobie życie bez terapii, ale bez sztuki już nie. Bo sztuka jest dla mnie terapią.

Jeden z najbogatszych Polaków szczerze o Bogu i szukaniu szczęścia

 

Artykuł pojawił się na stronie http://magazyn.wp.pl/artykul/jeden-z-najbogatszych-polakow-szczerze-o-bogu-i-szukaniu-szczescia

 

 

Na dziesięć dni wstrzymaj się od zabijania jakichkolwiek istot. Od wszelkiej aktywności seksualnej, przyjmowania środków odurzających, kradzieży i kłamstwa. Nie zabieraj ze sobą różańca ani książki, talizmanu ani komputera. Telefonu też nie. Masz się odciąć od zewnętrznych bodźców. To podstawa.

A teraz słuchaj, jak twoje ciało wciąga powietrze. A potem je wypuszcza.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Rytm.

Słyszysz?

To teraz patrz. W głąb siebie. A wtedy zobaczysz rzeczy takimi, jakimi one są. I zostaniesz uleczony. Z chorób, z myśli, które zanieczyszczają nie tylko umysł, ale i ciało. Nie od razu. I pod warunkiem, że ciężko nad tym popracujesz. Ale jesteś już na tej drodze. Na drodze, którą pomaga ci iść Vipassana, jedna z najstarszych indyjskich technik medytacyjnych.

– Kiedy po dziesięciu dniach stamtąd wyszedłem, miałem poczucie, jakby ktoś wyregulował wszystkie moje psychiczne wewnętrzne trybiki i jednocześnie zdjął z pleców worek kamieni, które targałem przez całe życie. A byłem z nimi tak zżyty, że nie czułem już, że je targam. Kurcze, miałem taki bardzo konkretny dowód, że to działa – mówi Michał Kiciński o swojej pierwszej Vipassanie w Indiach.

Kiciński to człowiek, który twardo stąpa po ziemi. Razem z przyjacielem Marcinem Iwińskim stworzył jedną z najbardziej prężnych firm w Polsce, i to mając zaledwie dwadzieścia lat. Dziś giełdowa wycena CD Projektu przekroczyła 7 mld zł, a flagowy produkt, jakim jest gra „Wiedźmin”, znany jest na całym świecie.

Źródło: Materiały prasowe

Ale jednocześnie Michał Kiciński to człowiek głęboko zanurzony w świecie duchowym, szczególnie od czasu swojej pierwszej medytacji, która zaczęła zmieniać jego życie. To był punkt zwrotny. Ale najpierw trzeba było przejść przez wertepy.

Kryzys wbił Wiedźminowi nóż w plecy

2010 rok, dwudziesta doba bez snu, który nie przyszedł nawet w samolocie do Indii. CD Projekt był wtedy w trudnym momencie, on sam być może w jeszcze gorszym. Nie mógł spać, nie mógł pracować. Problemy ze zdrowiem. Wypalenie. Depresja.

– Już wcześniej, w okolicach 2008 roku, kiedy zdobyliśmy tytuł Przedsiębiorcy Roku EY, miałem świadomość, że już mi wystarczy, że zbliża się moment, w którym trzeba zejść ze sceny – mówi Michał Kiciński.

Tylko że wtedy przyszedł światowy kryzys. CD Projekt zaciągnął 25 mln zł kredytu na spłacenie starych zobowiązań i rozwijanie nowych projektów. Ale to nie był dobry czas na nowe inwestycje. Zagraniczni partnerzy się wycofali, a projekty, które miały zarabiać, przyniosły straty.

Swoje dołożyły też sieci handlowe, które zaczęły zmniejszać zapasy, hurtownie odsyłały wydawcom zalegające w magazynach gry, a coraz słabszy złoty jeszcze bardziej obniżał rentowność. CD Projekt stanął nad przepaścią. To była już walka o to, żeby mieć z czego wypłacić pensje pracownikom i samemu przetrwać.

– Miałem poczucie odpowiedzialności, za firmę, za pracowników, wspólników. Nie chciałem zostawiać moich przyjaciół samych z tym problemem – wyjaśnia dziś Michał Kiciński. Dlatego wtedy jeszcze nie odszedł. Ratował firmę, siebie nie.

W 2009 roku przyparty do muru CD Projekt dogadał się ze Zbigniewem Jakubasem i połączył z kierowanym przez niego Optimusem. Pojawiły się pieniądze na dokończenie projektów, w końcu karta się odwróciła, firma zaczęła wychodzić na prostą.

Był czas, żeby się wyrwać i zacząć walczyć o siebie. Po raz pierwszy poleciał do Indii.

Gdy w końcu przyszedł sen

Na miejscu czekało go dziesięć dni odosobnienia. Pierwsze dwa nie były łatwe, ciąg dalszy bezsenności. W końcu jednak nadszedł jakiś spokój. I coś jeszcze: obrazy, jakby z filmów, stopklatki. Znane, jakby się wydarzyły. To obrazy z poprzednich wcieleń, produkt uboczny medytacji – wyjaśnił mu nauczyciel.

Uwierzył. Bo to wiele wyjaśnia. Bo stojąc z miseczką w dłoniach po posiłek, nagle poczuł, jakby robił to już tysiące razy. Porażające wrażenie. Przepłakał dwie godziny. Ale potem przyszło oczyszczenie, jakaś lekkość.

Nie było już odwrotu. Kiedy CD Projekt na dobre wyszedł z tarapatów, w 2012 Michał Kiciński się wycofał.

Dziś ciągle jest jednym z dwóch największych udziałowców z pakietem prawie 11 proc. akcji wartym niemal 750 mln zł. Ale jego droga nie prowadzi już na Jagiellońską w Warszawie, gdzie jest siedziba spółki.

Między Marszałkowską a Machu Picchu

Dzisiaj ta droga prowadzi go do Peru. Tam w małej miejscowości w Świętej Dolinie Inków jest ośrodek medytacji, który kupił dwa lata temu. Właściwie przez przypadek. – To znajomy miał go kupić, a ja pojechałem mu tylko doradzać – wspomina.

Ośrodek Sacha Munai w Peru
Ośrodek Sacha Munai w Peru

Autor: archiwum prywatne/Michał Kiciński

Źródło: Archiwum prywatne

Ośrodek jest w małej miejscowości na trasie prowadzącej na Machu Picchu. Budynki stoją na końcu drogi – zbudowane w całości z suszonej na słońcu gliny, otoczone wielkimi ogrodami i warzywniakami, w których uprawiane są rośliny bez użycia chemii. Obok jest nawet wodospad. To kusi głównie grupy ze Stanów Zjednoczonych, które przyjeżdżają tam na jogę, wycieczki, spotkania z lokalnymi szamanami i uzdrowicielami.

To niezwykłe miejsce i całkiem niezły biznes. – Ciągle jeszcze do niego dokładamy, ciągle dokupujemy ziemię, żeby go jeszcze powiększyć, bo mamy naprawdę wielkie zainteresowanie. Już w tej chwili mamy wszystko zarezerwowane do połowy przyszłego roku. Myślę, że w przyszłym roku będziemy już mogli odtrąbić, że zarobiliśmy na tym miejscu – mówi Kiciński, którego nowa droga dalej wiedzie przez Urle – miejscowości ok. 100 km od Warszawy. Właśnie powstaje tam Oddechowo.

Oddechowo w Urlach
Oddechowo w Urlach

Autor: archiwum prywatne/Michał Kiciński

Źródło: Archiwum prywatne

– To ośrodek, w którym będą zajęcia oddechowe, joga, medytacja, zajęcia z rozwoju osobistego. Docelowo marzy nam się, żeby w Warszawie w Forcie Traugutta prowadzić takie zajęcia dzienne, a w Urlach organizować zajęcia wyjazdowe, weekendowe – opowiada Kiciński.

W Urlach pierwsi goście pojawią się już na przełomie maja i czerwca. Jednak realizacja drugiej części tego planu zajmie jeszcze kilka lat. Kiciński zabytkowy Fort Traugutta na warszawskim Żoliborzu kupił w 2013 roku. Teraz prowadzi tam prace konserwacyjne, będzie odkopywać suchą fosę, potem osuszać piwnice. Dopiero potem przyjdzie czas na remont.

Gdy już skończy, Fort prawdopodobnie będzie piękną, ale jednak nadal skarbonką, może na siebie nie zarabiać. Urle też mogą nie wychodzić na plus.

– Może się okazać, że oba ośrodki będą finansowane z pieniędzy, jakie zarobi ośrodek w Peru – przyznaje Michał Kiciński. W jego głosie jednak nie słychać rozczarowania. Przeciwnie, bo to nie są projekty, które mają mu przynieść pieniądze.

– Fort Traugutta, Urle czy Wegemama, to są działania, które mają edukować. Jest w tym trochę misji – wyjaśnia. – Ale też po latach budowania rzeczy wirtualnych jak np. „Wiedźmin”, wielką przyjemność sprawia mi stworzenie czegoś fizycznego, bardziej namacalnego, zbudowanego z materii – dodaje.

Częścią tej misji jest wspomniana Wegemama – restauracja, w której goście na talerzach znajdą tylko materię wegańską. Restauracja w centrum Warszawy to najmłodsze dziecko milionera. – Jaram się tym, przychodzę testować jedzenie – mówi Kiciński. Ale od razu dodaje, że za Wegemamą stoi fantastyczny zespół ludzi, którym on tylko pomógł wystartować.

Podobnie jak pomaga fundacji budującej pierwszy w Polsce ośrodek Vipassany w Dziadowicach w Wielkopolsce – Dhamma Pallava. – To będzie jeden z najlepszych obiektów w Europie i w sumie na świecie. Położony wśród lasów w centralnej Polsce będzie miał ponad 120 jednoosobowych pokoi z łazienkami – mówi Kiciński, który Vipassanę praktykuje codziennie. – Nie będzie trzeba jeździć daleko na kursy – dodaje. Ale trzeba będzie jeszcze poczekać kilka miesięcy, bo ośrodek rusza dopiero we wrześniu.

Ile będzie kosztował taki dziesięciodniowy kurs w Dziadowicach? Nic. To jedna z podstawowych zasad Vipassany – nie można na niej zarabiać. Ośrodki na całym świecie utrzymują się całkowicie z dobrowolnych dotacji osób, które tę technikę już poznały i chcą umożliwić to innym. Nauczyciele Vipassany pracują jako wolontariusze, a kursanci nie płacą nawet za zakwaterowanie i jedzenie. Bo tu chodzi o pomaganie, a nie o biznes.

Dokładnie o to samo chodzi teraz Michałowi Kicińskiemu – żeby pomagać innym odnaleźć harmonię, tak jak on ją odnalazł.


Agata Kołodziej: Jest pan teraz szczęśliwym człowiekiem?

Michał Kiciński: Jestem szczęśliwy częściej niż byłem kiedyś – to na pewno. Jeszcze doskwiera mi parę rzeczy, zwłaszcza ze zdrowiem, co jest trochę upierdliwe. Ale nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze czułem się psychicznie. Na pewno jest lepiej niż 5, 10, 15 lat temu… Szczęśliwszy może byłem jako nastolatek, ale właściwie już nie pamiętam.

Teraz jest mi dobrze. Zazwyczaj udaje mi się zachować równowagę, mam poczucie, że rzeczy idą we właściwym kierunku.

Jak to się stało, że człowiek, który jest na szczycie, odbiera nagrodę Przedsiębiorcy Roku, a jego dziecko – „Wiedźmin” – jest światowym hitem, wpada w depresję? To było gdzieś głęboko w panu, czy przyszło z zewnątrz, bo pojawiła się presja i zbyt duży stres?

To jest tak, że ja sam potrafię się doskonale dyscyplinować. Miałem przez to w życiu zbyt dużo okresów, podczas których do czegoś się zmuszałem. Z poczucia odpowiedzialności za pracowników, za wspólników itd. To na pewno mi nie pomogło i to jest prosta droga do wypalenia, które u mnie nastąpiło.

Ale jeśli chodzi o depresyjne historie, drugą rzeczą jest coś, czego nie da się nazwać.

Spróbuje pan?

Nie można do tego przypiąć żadnego konkretnego wydarzenia. Jak patrzę na swoje epizody depresyjne, widzę, że wtedy nie wydarzało się nic, co mogłoby wywoływać takie reakcje. Ludzie na ogół myślą, że człowiek wpada w depresję, kiedy w jego życiu wydarzy coś złego, żona go nie rozumie, szef jest zły… Że jest jakiś konkretny powód, dla którego jest mu źle, smutno i jest nieszczęśliwy.

Tymczasem moje doświadczenie jest takie, że to się dzieje bez powodu. To jest dość słabe, bo gdy jest powód, to zawsze można próbować go wyeliminować. Może to kwestia genów… U mnie w rodzinie kwestia depresji dość często się pojawiała. Cholera wie, skąd to się bierze. Może po prostu to odziedziczyłem.

To już za panem?

Jeszcze czasem zdarzają mi się nastroje, które potrafią mnie ściąć z nóg. Ale dziś już wiem, że muszę to przeczekać i przejdzie. Jest mi o tyle łatwiej, że ja się po prostu z tymi stanami nie identyfikuję.

Co to znaczy?

Buddyści mówią: „obserwuj swoje myśli”. OK, no to obserwuję, i co? No to skoro je obserwujesz, to nimi nie jesteś. A emocje? Potrafisz je obserwować? Tak? To też nimi nie jesteś. Jesteś czymś ponad to. Koncentruj się więc na tym, czym jesteś naprawdę, a nie na tych fałszywych historiach, które są tylko przejściowymi fenomenami -pojawiają się i znikają.

Skoro człowiek nie jest emocją ani myślą, to czym jest?

Czystą świadomością. Jest tym, co postrzega.

Wchodzimy w filozofię, którą zresztą pan studiował na długo przed zainteresowaniem medytacją i kulturą Wschodu. Zawsze coś odrywało pana od ziemi?

Mam taką cechę osoby, która poszukuje. Jest na to nawet specjalna nazwa, która pochodzi z nauk jogińskich: mumukshutva. Jest to jedno z sześciu bogactw i dokładnie oznacza: duch dociekania, pragnienie wolności. Podobno niewiele osób to ma, ja akurat to miałem, bo rzeczywiście zawsze mnie takie egzystencjalne rzeczy interesowały – po co tu jesteśmy? Co się wokół mnie dzieje? Czy Bóg istnieje? Dlatego właśnie poszedłem na filozofię.

Ta filozofia coś panu dała?

Szczerze mówiąc niewiele. Ale prawda jest też taka, że ja też nie bardzo się do tych studiów przykładałem, bo jednocześnie pracowałem w CD Projekt i trochę się ze wszystkim nie wyrabiałem. Ale miałem silne poczucie, że tam nie znajdę odpowiedzi. To było za bardzo na poziomie rozprawek intelektualnych. Choć z wielką ciekawością czytałem Leszka Kołakowskiego, to do mnie do końca nie przemawiało. Zrozumiałem, że tych odpowiedzi nie znajdę w zachodnim nurcie filozofii.

Znalazłem je dopiero gdy zacząłem medytować, czyli zaglądać wewnątrz siebie. Bo na co dzień my, zachodnie ludki, całą uwagę kierujemy na świat zewnętrzny, na zmysł wzroku, słuchu, węchu, smaku, dotyku. Ale wcale nie wiemy, co czujemy. Ja miałem taki długi okres w życiu, że gdyby ktoś mnie zapytał, co czuję, musiałbym odpowiedzieć: „nie wiem”. I to na takie proste pytanie, czy jestem smutny, wesoły czy rozdrażniony nie umiałbym odpowiedzieć. To jest taki totalny brak kontaktu z własnym ciałem i z własnymi emocjami. Dopiero skierowanie uwagi do wewnątrz pozwala odkrywać cały wszechświat w sobie. I ja wtedy w sobie zacząłem znajdować odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań.

Jednym z nich było pytanie, kim jest Bóg. Znalazł pan na nie odpowiedź?

Takim Tatą-Stworzycielem. Ale to jest strasznie trudne pytanie, bo to jest byt mający znacznie więcej wymiarów niż my. Nie chciałbym serwować teraz jakichś ograniczonych definicji, ale to jest coś, w czym jesteśmy wszyscy zanurzeni.

Jest pan katolikiem? Chrześcijaninem?

Nie lubię etykietek. Tak, byłem ochrzczony, zdarza mi się modlić w kościele, jakiś czas temu byłem u spowiedzi. Nie znam się na doktrynach. Ale bardzo wierzę w Jezusa Chrystusa.

I jednocześnie wierzy pan w reinkarnację, którą Kościół jako instytucja absolutnie odrzuca.

Mnie chyba właśnie ta instytucjonalność nie do końca pasuje. Bliżej mi do dzieł bożych niż ludzkich. Ciężko to wytłumaczyć.

Co z tą reinkarnacją?

Staram się być człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Ale miałem tyle dziwnych i nieprzypadkowych sytuacji, tyle obrazów podczas medytacji mi się pojawiało, tyle mistycznych doświadczeń, których się nie da w żaden logiczny sposób wytłumaczyć i o których wolałbym nie odpowiadać, bo mnie wezmą za wariata – to wszystko wskazuje mi, że cykl ponownych narodzin istnieje.

Na początku myślałem, że to jakieś kadry z filmów, poszedłem do swojego nauczyciela, a on mi powiedział: „don’t worry”, to taki produkt uboczny wysokiej koncentracji, że pojawiają się obrazy z jakichś strasznie starych historii.

Michał Kiciński (po lewej) i Marcin Iwiński (po prawej) podczas pierwszej podróży do osrodka Dhamma Giri w Indiach
Michał Kiciński (po lewej) i Marcin Iwiński (po prawej) podczas pierwszej podróży do osrodka Dhamma Giri w Indiach

Źródło: Archiwum prywatne

Zanotowałem sobie te wszystkie obrazy skrzętnie, ale dziś nawet sam sobie myślę: „kurczę, no dziwne to było”. Ale jednak się wydarzyło i to daje mi logiczne wskazówki, że ten świat zbudowany jest trochę inaczej, niż nam się wydaje.

Ale nie zamierzam się ani z nikim o tę reinkarnację zakładać, ani się przy tym upierać, bo to jest drugorzędne. To mi pomogło zrozumieć pewne rzeczy, ale nie jest to dla mnie coś strasznie istotnego. Dużo ważniejszy jest ten moment, to życie i ta chwila, która się właśnie dzieje.

Co pan zrozumiał?

Jak ważne jest zostawienie w sobie otwartości na to, żeby móc powiedzieć, że wszystkiego nie wiemy. Z jakiegoś powodu świat skonstruowany jest tak, żebyśmy sobie łatwo nie mogli wszystkiego sprawdzić. Nie bijmy się więc z wszechświatem, tylko koncentrujmy się na naszym życiu tak jak jest ono ułożone. I to, co ja z tych swoich nauk wyniosłem to, że świat to więcej niż widać na pierwszy rzut oka. I nie chodzi wcale o to, żeby w tym „więcej” strasznie kopać, ale żeby mieć w sobie pokorę i przeświadczenie, że to, co postrzegamy naszymi zmysłami, to jest tylko jakaś warstwa i nie wiadomo, ile tych kolejnych warstw jest.

Fizycy kwantowi zastanawiają się, jak to jest możliwe, że cząsteczka jest w dwóch miejscach jednocześnie, albo że cząsteczki są splątane, zmieniają swój stan, mimo że się w żaden sposób nie komunikują, a są np. po dwóch stronach planety. Widać, że jest jeszcze szalenie dużo do odkrycia. Ale nam wygodnie jest nie przyjmować tego do wiadomości, bo to wprowadza jakieś poczucie niepewności, dyskomfort. Wygodniej jest więc to wyśmiać, wyprzeć, powiedzieć, że ktoś opowiada banialuki. Bo to po prostu jest niewygodne.

Ludziom cywilizacji Zachodu brakuje otwartości na to, co jest jeszcze niezbadane, a niezbadane jest cholernie dużo.

Jest coś, czego pan żałuje?

Chyba nie. Jedyna rzecz, której żałowałem, to że nie byłem przy śmierci mojej ukochanej babci, która mnie wychowywała. Ale przepracowałem to podczas pięknej medytacji i pomogło mi to pozbyć się żalu.

Czasem sobie myślę, że mogłem w jakiejś sytuacji postąpić inaczej, ale z drugiej strony wiem, że postąpiłem najlepiej, jak potrafiłem. Kopanie się ze sobą, dlaczego w przeszłości nie zrobiłem czegoś inaczej czy lepiej nie ma sensu. Teraz to wiem i to buduje we mnie wewnętrzne poczucie, że wszystko jest tak, jak ma być.

Czy w związku z tym nie boi się pan niczego?

Boję się śmierci i strasznie chciałbym się jej nie bać. Bo to kiedyś musi przyjść i nie chciałbym, żeby wtedy nogi trzęsły mi się jak galareta.

Zresztą podejrzewam, że część tych moich wszystkich poszukiwań jest związana tak naprawdę właśnie z oswajaniem śmierci.

Wykłady i warsztaty dla rodziców na SWPS w Poznaniu, 15-23 maj 2017

W celu rejestracji wypełnij zgłoszenie na:

https://www.swps.pl/strefa-rodzica/wydarzenia/poznan/15718-strefa-rodzica-w-ramach-poznanskich-dni-rodziny

Strefa Rodzica w ramach Poznańskich Dni Rodziny

Czy należy spać wspólnie z dzieckiem? Jak emocje wpływają na dzieci najmłodsze? Czy da się wychować nastolatka? Jak kształtuje się jego seksualność i czy wpływa na emocje? Na te pytania będziemy odpowiadać podczas wykładów i warsztatów, które przeprowadzimy w poznańskiej Strefie Rodzica w ramach Poznańskich Dni Rodziny organizowanych przez Urząd Miasta Poznania.

Poznańskie Dni Rodziny to czas, w którym wszystkim poznańskim rodzinom proponowany jest szereg wydarzeń, spotkań i imprez o charakterze integrującym i promującym życie rodzinne. Strefa Rodzica Uniwersytetu SWPS zaprasza na cykl wykładów i warsztatów o emocjach, które poświęcimy dzieciom najmłodszym oraz nastolatkom. Wstęp wolny, po wypełnieniu formularza internetowego.

Harmonogram

15 maja, godz. 17.00 – wykład

  • Czego gęsi, kaczki i małpy nauczyły nas o emocjonalnym i społecznym rozwoju dziecka? Spanie z dzieckiem (co-sleeping) w świetle badań psychologicznych(sala 001)
    dr Konrad Piotrowski

16 maja, godz. 17.00 – warsztaty

  • Złość nie zawsze jest zła (sala 310)
    Anna Olczak-Stawicka
  • nieMAŁE emocje – Jak rozmawiać z dziećmi o emocjach (sala 309)
    Aleksandra Patela

23 maja, godz. 17.00 – wykład

  • Tyle szans na rozwój, czyli życie z nastolatkiem (sala 001)
    Anna Cwojdzińska

23 maja, godz. 18.45 – warsztaty

  • Taka trudna dorosłość. Czy da się wychować nastolatka? (sala 310)
    Anna Cwojdzińska
  • O seksualności nastolatków w kontekście przeżywanych emocji (sala 309)
    Martyna Dziekan
  • Nastolatek – konserwatywny anarchista. Jak wspólnie przejść przez okres burzy? (sala 311)
    Monika Domska-Brzozowska

Czego gęsi, kaczki i małpy nauczyły nas o emocjonalnym i społecznym rozwoju dziecka?
Spanie z dzieckiem (co-sleeping) w świetle badań psychologicznych.

Czy należy spać wspólnie z dzieckiem? Czy spanie z rodzicami utrudnia dziecku rozwój? Wykład poświęcony będzie znaczeniu wczesnych doświadczeń w relacji z rodzicami dla rozwoju emocjonalnego i społecznego dziecka. Zagadnienie to zostanie także omówione z punktu widzenia możliwych efektów tych wczesnych relacji w życiu dorosłym. W tym kontekście, przyjrzymy się bliżej jednemu z praktycznych zagadnień związanych z rodzicielstwem, jakim jest wspólne spanie z dzieckiem.

Konrad Piotrowski – dr psychologii, absolwent Uniwersytetu SWPS. Jego zainteresowania naukowe dotyczą przede wszystkim rozwoju człowieka w okresie dorastania i wczesnej dorosłości. Prowadzi badania nad rozwojem tożsamości, ze szczególnym uwzględnieniem budowania wizji własnej przyszłości. Szczególnie zainteresowanie kieruje w stronę momentów przełomowych w życiu młodych ludzi, związanych z tym podejmowaniem nowych ról i zadań oraz czynników wpływających na jakość realizacji.

Złość nie zawsze jest zła

Jak reagować na wybuchy gniewu dziecka? Czy smutek to oznaka depresji? Jak pomóc przezwyciężać stany związane np. z poczuciem bezradności. Na te i szereg innych pytań będzie odpowiadać psycholog Anna Olczak-Stawicka podczas warsztatu w ramach Strefy Rodzica. Rodzice dowiedzą się, dlaczego dziecko przeżywa emocje całym sobą i jak można optymalnie reagować na w takim przypadku.

Celem warsztatu jest omówienie najbardziej niepokojących trudności wychowawczych mogących pojawić się w rozwoju dzieci od 0-12 roku życia. Nauczymy rozpoznawać i nazywać emocje dziecka, identyfikować własne nastawienie, które może ułatwiać lub utrudniać optymalne reagowanie na dziecięce wybuchy emocji, a także przybliżymy strategie wspierania dziecka w radzeniu sobie z silnymi uczuciami. Zastanowimy się również nad metodami wychowawczymi, które wpłyną na redukcję zachowań problemowych.

Anna Olczak-Stawicka – psycholożka, pedagożka, mediatorka rodzinna. W pracy zawodowej zajmuje się diagnozą i terapią dzieci i młodzieży, par i rodzin, prowadzi edukację i poradnictwo w zakresie seksuologii, warsztaty dla nauczycieli i rodziców. Pracuje w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej SWPS oraz Przedszkolu Integracyjnym.

nieMAŁE emocje – Jak rozmawiać z dziećmi o emocjach

Emocje dzieci są ważne. Rozwijanie inteligencji emocjonalnej dziecka pozytywnie wiąże się z ich jakością życia. Nauka rozpoznawania, nazywania emocji oraz umiejętność radzenia sobie z nimi sprzyja formowaniu się pozytywnej samooceny, ma związek z nawiązywaniem pozytywnych relacji rówieśniczych, a nawet może wiązać z sukcesami w szkole. Rodzice mają niewątpliwy wpływ na rozwój emocjonalny swoich pociech. Dziecko obserwując rodzica uczy się jak regulować własne emocje. Warsztat przeznaczony jest dla rodziców dzieci przedszkolnych oraz wczesnoszkolnych. Rodzice będą mieli okazję dowiedzieć się jak przebiega rozwój emocjonalny dziecka oraz jak rozmawiać z dziećmi o emocjach. Poznają także praktyczne narzędzia, które mogą wykorzystać w wspieraniu rozwoju emocjonalnego dziecka.

Aleksandra Patela – psycholożka, absolwentka Uniwersytetu SWPS. Członek stowarzyszenia KIND Kolektyw. Uczestniczka kursu terapii systemowej w Wielkopolskim Towarzystwie Terapii Systemowej. Obecnie pracuje jako psycholog szkolny w szkole podstawowej. Pracowała również z młodzieżą zagrożoną niedostosowaniem społecznym. Stażystka w Pracowni Humani – uczestniczy w zajęciach grupy dziecięcej, rozwijającej umiejętności emocjonalne i społeczne.

Tyle szans na rozwój, czyli życie z nastolatkiem

Dorastanie to czas wielu wyzwań. Nie tylko dla nastolatka, ale także dla jego rodziny i bliskich. Jest to czas nabywania nowych umiejętności, poznawania samego siebie, życia i ludzi. To czas zadawania ważnych pytań i dokonywania ważnych wyborów. Często nie tylko odczucia, ale i decyzje zmieniają się niczym w kalejdoskopie – potrzeba dużej uważności, by odnosić się do nich z należytą uwagą i zrozumieniem. W całym tym dojrzewaniu łatwo przegapić fakt, że to nie tylko nastolatek dorasta i rozwija się, dlatego prowadząca wraz z uczestnikami wykładu zastanowią się jakie szanse na rozwój i nową wiedzę stwarza mieszkanie pod jednym dachem z kimś, kto właśnie uczy się dorosłości. Zapraszamy na wykład psycholog Anny Cwojdzińskiej w poznańskiej Strefie Rodzica.

Anna Cwojdzińska – psycholożka, terapeutka, pracuje z dziećmi, młodzieżą i rodzinami. Absolwentka UAM w Poznaniu, obecnie doktorantka na Uniwersytecie SWPS w Warszawie i wykładowca Uniwersytetu SWPS w Poznaniu, członkini Association for Contextual Behavioral Science (ACBS), prezes zarządu Stowarzyszenia KIND Kolektyw, propagującego ideę życzliwości.

Taka trudna dorosłość. Czy da się wychować nastolatka?

Im starsze dziecko tym potrzebuje więcej wolności. Im starsze – tym bardziej rosną wymagania, by było człowiekiem samodzielnym, dobrym, skutecznym w działaniu. Wielu z potrzebnych nastolatkowi rzeczy uczymy, gdy dziecko jest młodsze, licząc, że gdy przyjdzie czas, młody człowiek będzie je potrafił przywołać i wykorzystać. A co jeśli tak się nie dzieje? Czy da się wychować nastolatka czy są to próby skazane na porażkę? Na te i inne pytania postarają się odpowiedzieć uczestnicy warsztatu razem z prowadzącą.

Anna Cwojdzińska – psycholożka, terapeutka, pracuje z dziećmi, młodzieżą i rodzinami. Absolwentka UAM w Poznaniu, obecnie doktorantka na Uniwersytecie SWPS w Warszawie i wykładowca Uniwersytetu SWPS w Poznaniu, członkini Association for Contextual Behavioral Science (ACBS), prezes zarządu Stowarzyszenia KIND Kolektyw, propagującego ideę życzliwości.

.

O seksualności nastolatków w kontekście przeżywanych emocji

Martyna Dziekan – psycholożka. Pracuje w Laboratorium Psychofizjologii Zdrowia przy UAM, prowadzi zajęcia z psychologii w Szkole Policealnej, psycholog szkolny w Gimnazjum nr 2 w Murowanej Goślinie. Jedna z założycielek i członkini zarządu Stowarzyszenia KIND Kolektyw promujących społeczne i emocjonalne uczenie się (Social and Emotional Learning). Naukowo i zawodowo zainteresowana psychologią pozytywną, seksuologią kliniczną, społecznym postrzeganiem płci i terapiami trzeciej fali.

Nastolatek – konserwatywny anarchista. Jak wspólnie przejść przez okres burzy?

Jak zmienia się myślenie i postrzeganie nastolatka? Czym charakteryzują się jego postawy, co oznaczają emocje? Na temat młodzież, która kształtuje swój charakter między 13 a 18 rokiem życia porozmawiamy z psycholożką Moniką Domską-Brzozowską. Wychowywanie nastolatka to wyzwanie dla każdego rodzica. Jak wspólnie z dzieckiem przejść przez ten okres „burzy i naporu” pozostając przyjaciółmi na całe życie? W jaki sposób rozmawiać, wyznaczać granice, wyznaczać reguły?

Monika Domska-Brzozowska – psycholożka, mediatorka rodzinna. Zajmuje się diagnozą i terapią dzieci i młodzieży, terapią par i rodzin. Prowadzi mediacje rodzinne. Pracuje w m.in. Pporadni Psychologiczno – Pedagogicznej SWPS, w Centrum Medycznym Diagnosis oraz w przedszkolu integracyjnych z dziećmi niepełnosprawnymi. Od kilku lat prowadzi prywatną praktykę. Współpracuje ze szkołami oraz poznańskim ODN. Prowadzi szkolenia dla nauczycieli i warsztaty dla rodziców. Jest koordynatorem z ramienia oświaty ds. przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Na stałe współpracuje z MOPR i policją.

Zgłoszenia

Kontakt

Katarzyna Ksenicz
Koordynator Strefy Rodzica w Poznaniu

tel. 667 520 023
e-mail: strefarodzica.poznan@swps.edu.pl

Perfekcjonizm? Nie dzięki.

Bardzo polecam bloga blimsien.com, na którym ukazał się ten tekst.

perfekcjonizm

Ostatnio na wielu blogach, w magazynach i ogólnie „zewsząd” słyszę powtarzające się „weź się za siebie” i „jak opanować odkładanie na później” oraz „siła woli, głupcze!”. Otóż chciałabym zapytać jaki to kapral w Tobie ciągle smyra Cię batem po tyłku, pogania i krzyczy „przestań sobie pobłaża攄możesz to zrobić lepiej” i nieśmiertelne „jeśli wystarczająco się postarasz, możesz mieć wszystko i być każdym”. A takiego.

Owszem, możesz dużo i kreujesz swój los. Szczerze wierzę w to, że każdy z nas może się zmienić, jeśli tylko zechce. Może zajrzeć wgłąb siebie, albo wcale nie, może podpatrzeć innych, którym się udało to co nam się właśnie podoba, i spróbować wziąć od nich to co najlepsze, dać się zainspirować. Można odrobić lekcje, ulepszyć siebie, ciągle się rozwijać i nigdy nie przestawać. Nie słuchałabym jednak podszeptów o obrzydliwym i rozlazłym pobłażaniu sobie. O wdrażaniu dyscypliny. Ogólnie to nie bądź ślimakiem, nieudacznikiem lub nie daj boże grubasem. Nie bądź nieporadna, biedna, mało ogarnięta. To grzech śmiertelny. No kaman, chcesz być człowiekiem sukcesu czy nie?

Chcesz mieć płaski brzuszek, świetne stopnie, kolejny tytuł naukowy, awans? Lepszy samochód? Samochód w ogóle? Chcesz tego wszystkiego czy nie chcesz? Zdecyduj się. I jeśli przypadkiem odpowiesz sobie „tak” musisz wiedzieć jedno – krew, pot i łzy. NO FUCKING MERCY! Chyba nie wymiękasz cieniaro?

No to ja stanowczo się z tym nie zgadzam. Tak jak nie zgadzam się z biciem dzieci, jak nie zgadzam się z gnębieniem psów. Nie zgadzam się też z gnębieniem siebie. Ludzie, którzy ogromnie boją się zobaczyć swój miękki brzuszek, ludzie którzy boją się słabości i ona ich brzydzi, to bardzo nieszczęśliwi i zaburzeni ludzie. I mówię to ja, a był to jeden z moich tematów do przepracowania. Oh, jak ja nienawidziłam ludzi słabych, brzydkich, niedostatecznie bystrych. W tym siebie. Oh, jak chętnie odrzucałam marchewkę i okładałam się kijem po plerach krzycząc „jazda, ruszaj się leniwa dupo, inaczej nigdy nie osiągniesz tego o czym marzysz”. Mój boże! Z dzisiejszej perspektywy, nawet nie chciałabym! Nic nie jest warte automowy nienawiści. Sabotowania samego siebie i to pod płaszczykiem samorozwoju. To nie motywuje, to bardzo niszczy. I możesz mieć miliony plnów (albo nawet amerykańskich dolarów, choć ostatnio polecam brytyjskie funty) brzuch jak tarkę, najpiękniejszego męża świata i nadal czuć się, no powiedzmy cokolwiek licho.

Każdy z nas jest w środku delikatny. I jeśli nie staniemy się w pewnym sensie dość mocni, mocni w sposób mądry, nigdy nie ochronimy tego miękkiego wnętrza. A wiesz co wtedy się dzieje? Kiedy wnętrze kilka razy się wyleje jak żółtko z niedogotowanego jaja, kiedy ktoś wsadzi Ci tam palucha, kiedy naruszy Twoje granice, uznasz że trzeba się bronić. Ja uznałam. A obrona to pancerz. Gruby pancerz. Zbroja i twierdza. Problem w tym, że im grubsze opancerzenie, tym bardziej wnętrze miękkie, przelewające i wrażliwe. Oj, jakie wrażliwe! A jak kiedyś kogoś do niego dopuścisz i on Cię zawiedzie, naprawdę będzie z Tobą krucho. Dlatego najlepiej jest wypracować sobie lekki pancerzyk chitynowy. Taki w sam raz.

To oznacza, że trzeba do miękkiego środka zajrzeć i się nie przestraszyć.A potem się tym środkiem zaopiekować. To trochę jak dziecko. I to ciekawe, bo każdy z nas myśli, że ma tyle lat ile ma, że dorasta, a zrzucona skóra zostaje za nami, gdzieś tam hen. A tymczasem nosimy w sobie nasze poprzednie wcielenia, takie różnorakie embriony i poczwarki, ooo gorsze to znacznie niż szatańskie in vitro! Masz w sobie nadal dzieciaka, który jest wrażliwy i musisz nauczyć się go chronić. Mimo tego, a może przede wszystkim dlatego, bo jesteś dorosła.

Czy Twoim zdaniem najlepszym sposobem wychowywania dziecka jest darcie na niego japy? Lub straszenie go? A może zawstydzanie? Robisz, któreś z tych rzeczy sobie? Boisz się, że jak wejdziesz w tryb pobłażania sobie, to się całkiem rozpuścisz, rozleniwisz, znikniesz? Być może więc wcale siebie nie znasz.

Zamiast marchewki z kijem, zastosuj samą marchewkę. Marchewka jest zdrowa. Poczęstuj siebie. Bądź dla siebie miła. Kiedy padasz z nóg, po prostu odpocznij. Tak, kosztem prania, pracy domowej, spotkania towarzyskiego. Jeśli chcesz schudnąć, nie musztruj się (na boga!) znajdź sposoby i potrawy, które Ci służą, ruch  który lubisz i zacznij korzystać z tych nowych preferencji. Jeśli nie jesteś w czymś geniuszem, zastanów się, czy na pewno musisz być? I czy właśnie teraz powtórne nauczenie się francuskiego, to jest właśnie to, co jest warte godzin ślęczenia nad książkami, a przecież francuski nie wchodzi Ci gładko. Ja dość dawno pogodziłam się już z moją kiepską pamięcią (aczkolwiek ćwiczę ją, coby nie zanikła totalnie), matematycznym beztalenciem i tym, że organizatorka ze mnie żadna. Nie będę mieć pupy jak Byonce, bo zamiast trzaskać przysiady wolę poczytać książkę lub spotkać się z przyjaciółką, a mój dom nigdy nie będzie czyściutkim pudełeczkiem, za to zawsze będę umiała wyczarować w nim coś z niczego do jedzenia. I będzie to zacne.

Nie chodzi o usprawiedliwianie się. Musisz zachować wobec siebie elementarną uczciwość. Jeśli coś sobie obiecasz, dotrzymuj słowa. Dbaj o swoje interesy. Ale pamiętaj też, że są wyjątki od reguł i że dobrze jest traktować się z czułością i ciepłem. Dobrze potraktowany przyjaciel potrafi być bardzo lojalny i radosny w relacji z nami. Chciałabym żebyś była swoją najlepszą przyjaciółką. Kaprala i głosy krytycznych rodziców zostaw po prostu tam gdzie ich miejsce. W koszarach prawdopodobnie. I nigdy do tych koszar nie wracaj.