CZY SERIALE MOGĄ UZDRAWIAĆ ?

Rozmowa z mężem  Manueli Gretkowskiej, psychoterapeutą w nowym SENSIE.

Skopiowana w Facebooka Manueli Gretkowskiej.

Piotr Pietucha: Sądzę, że sztuka – zarówno jej tworzenie jak i odbiór – jest głęboko terapeutyczna. Nasze życie to opowieść. Pełna przeżyć, znaczeń, przekonań. Wszyscy jesteśmy twórcami – scenarzystami, reżyserami, aktorami. Tworzymy kino osobiste. Podczas terapii stajemy się odbiorcami swojego dzieła: widzem, recenzentem, krytykiem. Sesja przypomina seans filmu z własnego życia, a proces długoterminowej terapii to pasjonujący i wciągający serial. Często wewnętrzne treści eksplodują strumieniem obrazów naładowanych emocjami. Terapia, podobnie jak sztuka , to trepanacja ducha.

M: Czy film może być kluczem, wytrychem umożliwiającym dostęp do czyjegoś wnętrza?

P: Oczywiście, może być w tym bardzo pomocny. Czasem łatwiej utożsamić się z jakimś dziełem, albo podglądać bezpiecznie fikcyjne dramaty w poczuciu, że to nic osobistego. I nagle jakaś scena powoduje, że wybuchamy płaczem. Często identyfikujemy się z bohaterem albo przeżyliśmy podobne sytuacje. Film dotyka przeżytej traumy, wydobywa bolesne wspomnienia. Czegoś nad czym można i trzeba pracować. Odkrywanie siebie na terapii przypomina trochę film science fiction. To tajemnicza podróż w kosmos własnego wnętrza. Wyprawa w krainę zatartej przeszłości, mętnej teraźniejszości, w mglistą przyszłość. Kim jestem, czego chcę, od czego uciekam? Ludzie krążą, brodzą w zdarzeniach jak pogubieni bohaterowie z filmów Terence’a Mallicka.

M:W jaki sposób wybrać odpowiedni „film na receptę”, skoro wiemy że zawsze projektujemy siebie na ekran kina, własne emocje i doświadczenia. Na jednym seansie, każdy z nas może oglądać inny film….

P:Raczej nie używam filmów w zamierzony sposób, nie sugeruję ich oglądania. To sami pacjenci wnoszą je w trakcie sesji. Obejrzeli coś mocnego, co ich poruszyło, przygnębiło. Dla mnie to oczywisty dowód, że dotknęły czegoś ważnego. Zaczynamy więc o tym rozmawiać. Często czujemy opór przed zwierzeniami, mówieniem o sobie wprost. Odwołanie się do symbolu czy metafory filmowej jest ułatwieniem. Konkretne sceny, obrazy mogą uruchomić zablokowany, nieświadomie ukryty ładunek wspomnień, zanegowanych przeżyć. Zanurzenie we własną intymność bywa trudne, podzielenie nią z innymi wydaje się często niemożliwe. Zwłaszcza dla mężczyzn.

M:Filmy okazują się pomocne szczególnie w terapii z mężczyznami? Dzięki temu łatwiej jest rozmawiać o emocjach. A to z emocjami mężczyźni mają dzisiaj największy kłopot. Trzymają je na wodzy, jak w filmie „Wstyd” Steve McQueena.

P:Mężczyźni często milczą, albo nie mówią wprost o tym co przeżywają. To nie znaczy, że są niewrażliwi. Mnóstwo rzeczy ich porusza, przeraża, wkurwia. Ale nauczyli się maskować, odcinać własne emocje. Odwieczna męska strategia. Dla psychiki bywa destrukcyjna – dobrze to widać w filmie „Wstyd”. Siostra głównego bohatera jest nadmiernie ekspresyjna, zalewają ją fale emocji, nad którymi nie panuje. On jest odcięty, wydaje się pusty, emocje go irytują i blokują. Rozładowuje się przez seks pozbawiony bliskości. Intymność go obezwładnia, czyni impotentem. Ten film może być doskonałym wstępem do szczerej rozmowy o uzależnieniu od seksu.

M:Odcinając się od nieprzyjemnych emocji negatywnych, jak ból czy smutek, zamykamy się też stopniowo na te pozytywne, jak radość i poczucie szczęścia. Wypisujemy się całkowicie z klubu emocji. Nie da się zamknąć tylko na to, co niewygodne…

P:Bywa, że człowiek odcięty, wewnętrznie pusty szuka mocniejszych wrażeń aby się ożywić, sobą potrząsnąć. Świetnie jeśli wywołuje to sztuka. Gdy oglądamy mocny film, często w samotności, nie czujemy się cenzurowani. Facetom ciężko się wzruszać przy innych. Odczuwają wstyd nawet przed samym sobą. Książka czy film potrafią otworzyć co pozwala potem dotrzeć do źródeł różnych problemów.
Depresja u kobiet częściej przyjmuje postać smutku i rozpaczy, u mężczyzn apatii lub gniewu. Wszyscy nią dotknięci mają cienką skórę i poczucie bezradności. Ale u facetów typowy jest tzw. krótki lont. Kultowy „Dzień Świra” to dla mnie perfekcyjna ilustracja męskiej depresji. Ludzie widzą groteskowego inteligenta miotającego się w swoim nieudacznym życiu. Typowego świra, którego można obśmiać i zbyć. A to jest obolały, wściekle bezradny, zrozpaczony, przeraźliwie samotny człowiek. Nie potrafi zmienić życia, którego nie akceptuje. Nie znosi swojej pracy, ludzi, matki, siebie. Próbuje pisać wiersze o utracie miłości, sublimować rozpacz, ale nawet to mu nie wychodzi. Skupia się na tym co stracił, a nie na tym co ma i co mógłby jeszcze ze sobą zrobić. Tragiczny obraz człowieka zatrutego bezwładnym negatywizmem. Powinien się leczyć, przyjmować antydepresanty, poddać terapii. Przestać męczyć siebie i innych.
Depresja to osamotnienie, nienawiść i pustka. Często alkoholizm. Błędne koło powolnego obłędu. Szarpiemy się ostatkiem sił bojąc utonąć. Należy wtedy „położyć się na wodzie”. Ale nie jest to proste. Jesteśmy dzisiaj okropnie przestymulowani – potrafimy się byle gównem histerycznie napędzić. Nie potrafimy jednak się ukoić. Robimy to najczęściej nieudolnie i destrukcyjnie, dolewając oliwy do ognia. Nic tak nie wzmaga lęków jak chlanie, ćpanie, obżarstwo, kompulsywne aktywności czy obsesyjne wkręcanie się w politykę, medialny chłam. W takich stanach dobry serial może być w miarę bezpiecznym, uśmierzającym remedium. Kiedy pacjent wyznaje: Cały weekend przeleżałem odłogiem, oglądając kilka sezonów „Dextera” lub „Breaking Bad” to ja to świetnie rozumiem. Intensywne oglądanie seriali – swoisty eskapizm, ale lepszy niż imprezowanie z kacem, głupawe romanse czy trywialne gry komputerowe. Odrywa od własnych problemów i angażuje emocjonalnie. Taka identyfikacja bywa zbawienna np. dla naszego rozjuszonego, wewnętrznego „cienia”. Może być odreagowaniem, dać namiastkę wspólnoty z człowieczeństwem, bywa inspiracją do zmiany. Katarsis ma różne oblicza. Czasem napełnia nas oczyszczająca, ożywcza furia wyrażająca się w poczuciu, że nie chcę już być ofiarą, chowającym głowę w piach cieniasem!

M:A dlaczego akurat serial „Breaking Bad” może działać oczyszczająco?

P:Istotą terapii jest pogląd, ogląd i wgląd oraz wynikająca z nich transformacja. Przemiana bohatera jest tematem niezliczonych dzieł sztuki filmowej. W kultowym „Breaking Bad” czyli jak go nazywam „Podkurwionym”, punkt wyjścia jest podobny do „Dnia Świra”. Życiowy nieudacznik, sfrustrowany nauczyciel z upośledzonym synem, pogardzany przez uczniów, upokarzany przez przemądrzałego szwagra. Ale nie zadowala się miauczeniem, tym wiecznym, polaczkowatym, wkurwionym zrzędzeniem. Może to amerykański mental, albo despera zagrożenia śmierteleną chorobą daje mu napęd. Ta energia jest motorem metamorfozy. Z zagubionego cieniasa zamienia się w pewnego siebie samca alfa, potem niestety w bezwzględnego psychopatę.
Podobny, niemal ekstatyczny wkurw jest wstępem do przemiany bohaterki filmu „Sierpień w hrabstwie Osage”. Pamiętna scena rodzinnej stypy, gdzie Julia Roberts wygarnia całą gorzką prawdę toksycznej matce.

M:Tego rodzaju potencjał mają w sobie również westerny. Dobro zawsze tam zwycięża…

P:Przeważnie tak, dlatego bywają krzepiące. Westerny w prosty sposób odwołują się do archetypów męskości. Ich bohaterowie są swobodnymi jeźdźcami. Rywalizują, ale potrafią być lojalni i szlachetni. Umieją zwyciężać, ujeżdżać konie i walczyć. To wyzwanie dla współczesnej męskiej duszy. Dzisiaj przeważnie siedzisz jak szczur w klimatyzowanej klatce, nafaszerowany trywialną korpo, mitologią „dowożenia” sukcesu, skurczony nad komputerem. Gdzie tu jest miejsce na realną męskość? Na kontakt z naturą, swobodę, na wewnętrzny spokój i siłę, na harmonijne trwanie? Obłęd, któremu ulegliśmy w imię lepszego życia. Tylko kiedy i gdzie ma się ono spełnić?

M:Mężczyźni nie mają gdzie poczuć się dzisiaj bohaterami?

P:Mamy być wojownikami, rycerzami o czułych sercach, chłodnych głowach i stalowych nerwach. Namiętnymi, rozumiejącymi kochankami, tkliwymi tatusiami i lojalnymi partnerami. Mamy sadzić sadzić drzewa i budować zdrowe związki. A jesteśmy neurotyczną, rozedrganą, wątpiąca w siebie masą niespełnienia. Uzależnioną od alkoholu, ćpania, internetu. Coraz krytyczniej i ostrzej postrzeganą przez rozczarowane kobiety.

M:Co zmieniło się na przestrzeni ubiegłych lat, kiedy pracowałeś głównie na westernach. A teraz? Jakich filmów potrzebują i szukają mężczyźni?

P:Pacjenci często odwołują się do popularnych teraz kryminałów. Myślę, że ma to związek z postępującym brakiem poczucia bezpieczeństwa. A także mówiąc psychoanalitycznie, z odszczepionym w nas agresywnym cieniem. Instynktem śmierci, żądzą agresywnego rewanżu, mordu. Jesteśmy sfrustrowani codziennym wykorzystywaniem, upokarzaniem i pogardą. Te zwały duchowej trucizny zalegają w nas, zabetonowane cywilizacyjną ogładą jak w Czernobylu.
Więc kryminały mogą spełniać masę pożytecznych funkcji. Mogą nas uspokajać – zawsze znajdzie się jakiś nieprzejednany, uczciwy detektyw czy nieskorumpowany glina i rozwiąże sprawę. Prawo okaże się skuteczne, sprawiedliwość zatriumfuje, ład moralny zostanie przywrócony. Wiele z tych filmów nasączonych jest przenikliwymi obserwacjami obyczajowymi, celną krytyką społecznych i indywidualnych dewiacji. Są realistycznymi obrazami współczesnych, skomplikowanych relacji. To klony dramatów Szekspira z fantastyczną dramaturgią, psychologicznie wiarygodne i emocjonalnie ekscytujące.

M:W terapii lepiej działają bajkowe westerny czy realistyczne kino jak „Róża” i „Wołyń” Smażowskiego lub „Jesień w hranstwie Osage”?

P:Wiesz, ja na „Wołyń” nie poszedłem i nie pójdę. Wychowałem się na Majdanku, mój lubelski dziadek notorycznie oprowadzał mnie po obozie śmierci, z jakąś niezrozumiałą dla małego chłopca pedagogiczną premedytacją. Ale to mnie nie znieczuliło, przeciwnie. Rzeczywistość filmu „Wołyń” mnie przerasta i nie chcę się z nią mierzyć, jakkolwiek to dziwnie brzmi w ustach terapeuty. Cieszy mnie luksus takiej odmowy. Czasem musimy się odcinać i chronić.
Co do „Sierpnia w Osage” to jest to dla mnie osobiście ważny film. Powraca także w opowieściach pacjentów. Są często delegatami chorego układu rodzinnego. Przynoszą na sesje swoje dzieciństwo, toksyczną rodzinę. Zazwyczaj są Dorosłymi Dziećmi Alkoholików. Ofiarami tej powszechnej zmory, pseudo cywilizowanej kultury, która od wieków niszczy nasze życie wódą. Ten przejmujący film jest klarowną ilustracją wielopokoleniowego triumfu rodzinnej patologii. Z całym jej niszczycielskim wyposażeniem: głupoty, obłudnej religijności, elementarnego braku wzajemnego szacunku i empatii.
Gdy w terapii zaczynamy sobie uświadamiać skąd jesteśmy i czym nasiąkliśmy, mamy większa siłę, żeby coś z tym sensownego zrobić. To nas czasem konfliktuje z rodziną, która chce trwać we współuzależnieniu lub zamiatać patologię pod dywan. Terapia jest procesem bolesnym, wydobywającym brudy. Przypomina cierpliwe borowanie, trzeba dobrze oczyścić z próchnicy, zanim założy się plombę. Niektóre filmy ukazują co może się dziać w rodzinie, kiedy patologia zaczyna się przelewać, a ktoś znajduje w sobie siłę, żeby się temu przeciwstawić i uwolnić.

M:Świetnie to pokazuje również „Festen” Thomasa Vintreberga.

P:Duńskie kino odważnie podejmuje trudne obyczajowo kwestie. Dla mnie, wielbiciela Bergmana, to fantastyczna, skandynawska postawa uczciwej konfrontacji z egzystencjalnymi dylematami. Wrażliwa, wnikliwa i pełna szacunku dla osobistej integralności. Takie kino dotyka nas, zmusza do refleksji, uczy empatii, otwiera na inność. Jest sposobem na odreagowanie lęków, umożliwia wyrażenie najtrudniejszych emocji. Ale przede wszystkim stanowi nieprawdopodobną szansę na wgląd w nas samych.

M:Czasami czujemy, że film coś w nas zrobił, tyle, że nie wiemy co… Jak zajrzeć w siebie dzięki filmom?

P:Rozmawiać o nich. Kiedy miałem 16 lat zapisałem się do dyskusyjnego klubu filmowego w kinie „Wiedza” w Pałacu Kultury. Po wieczornym seansie i dyskusji wracaliśmy z przyjacielem pieszo na Ochotę. Po drodze gadaliśmy i te rozmowy pod nasza klatką przyciągały się późno w noc. Od filmu przechodziliśmy płynnie do naszych doświadczeń, przeżyć. Tak mi zostało. Nie wyobrażam sobie życia bez sztuki. Wyobrażam sobie życie bez terapii, ale bez sztuki już nie. Bo sztuka jest dla mnie terapią.

Reklamy

Jeden z najbogatszych Polaków szczerze o Bogu i szukaniu szczęścia

 

Artykuł pojawił się na stronie http://magazyn.wp.pl/artykul/jeden-z-najbogatszych-polakow-szczerze-o-bogu-i-szukaniu-szczescia

 

 

Na dziesięć dni wstrzymaj się od zabijania jakichkolwiek istot. Od wszelkiej aktywności seksualnej, przyjmowania środków odurzających, kradzieży i kłamstwa. Nie zabieraj ze sobą różańca ani książki, talizmanu ani komputera. Telefonu też nie. Masz się odciąć od zewnętrznych bodźców. To podstawa.

A teraz słuchaj, jak twoje ciało wciąga powietrze. A potem je wypuszcza.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Rytm.

Słyszysz?

To teraz patrz. W głąb siebie. A wtedy zobaczysz rzeczy takimi, jakimi one są. I zostaniesz uleczony. Z chorób, z myśli, które zanieczyszczają nie tylko umysł, ale i ciało. Nie od razu. I pod warunkiem, że ciężko nad tym popracujesz. Ale jesteś już na tej drodze. Na drodze, którą pomaga ci iść Vipassana, jedna z najstarszych indyjskich technik medytacyjnych.

– Kiedy po dziesięciu dniach stamtąd wyszedłem, miałem poczucie, jakby ktoś wyregulował wszystkie moje psychiczne wewnętrzne trybiki i jednocześnie zdjął z pleców worek kamieni, które targałem przez całe życie. A byłem z nimi tak zżyty, że nie czułem już, że je targam. Kurcze, miałem taki bardzo konkretny dowód, że to działa – mówi Michał Kiciński o swojej pierwszej Vipassanie w Indiach.

Kiciński to człowiek, który twardo stąpa po ziemi. Razem z przyjacielem Marcinem Iwińskim stworzył jedną z najbardziej prężnych firm w Polsce, i to mając zaledwie dwadzieścia lat. Dziś giełdowa wycena CD Projektu przekroczyła 7 mld zł, a flagowy produkt, jakim jest gra „Wiedźmin”, znany jest na całym świecie.

Źródło: Materiały prasowe

Ale jednocześnie Michał Kiciński to człowiek głęboko zanurzony w świecie duchowym, szczególnie od czasu swojej pierwszej medytacji, która zaczęła zmieniać jego życie. To był punkt zwrotny. Ale najpierw trzeba było przejść przez wertepy.

Kryzys wbił Wiedźminowi nóż w plecy

2010 rok, dwudziesta doba bez snu, który nie przyszedł nawet w samolocie do Indii. CD Projekt był wtedy w trudnym momencie, on sam być może w jeszcze gorszym. Nie mógł spać, nie mógł pracować. Problemy ze zdrowiem. Wypalenie. Depresja.

– Już wcześniej, w okolicach 2008 roku, kiedy zdobyliśmy tytuł Przedsiębiorcy Roku EY, miałem świadomość, że już mi wystarczy, że zbliża się moment, w którym trzeba zejść ze sceny – mówi Michał Kiciński.

Tylko że wtedy przyszedł światowy kryzys. CD Projekt zaciągnął 25 mln zł kredytu na spłacenie starych zobowiązań i rozwijanie nowych projektów. Ale to nie był dobry czas na nowe inwestycje. Zagraniczni partnerzy się wycofali, a projekty, które miały zarabiać, przyniosły straty.

Swoje dołożyły też sieci handlowe, które zaczęły zmniejszać zapasy, hurtownie odsyłały wydawcom zalegające w magazynach gry, a coraz słabszy złoty jeszcze bardziej obniżał rentowność. CD Projekt stanął nad przepaścią. To była już walka o to, żeby mieć z czego wypłacić pensje pracownikom i samemu przetrwać.

– Miałem poczucie odpowiedzialności, za firmę, za pracowników, wspólników. Nie chciałem zostawiać moich przyjaciół samych z tym problemem – wyjaśnia dziś Michał Kiciński. Dlatego wtedy jeszcze nie odszedł. Ratował firmę, siebie nie.

W 2009 roku przyparty do muru CD Projekt dogadał się ze Zbigniewem Jakubasem i połączył z kierowanym przez niego Optimusem. Pojawiły się pieniądze na dokończenie projektów, w końcu karta się odwróciła, firma zaczęła wychodzić na prostą.

Był czas, żeby się wyrwać i zacząć walczyć o siebie. Po raz pierwszy poleciał do Indii.

Gdy w końcu przyszedł sen

Na miejscu czekało go dziesięć dni odosobnienia. Pierwsze dwa nie były łatwe, ciąg dalszy bezsenności. W końcu jednak nadszedł jakiś spokój. I coś jeszcze: obrazy, jakby z filmów, stopklatki. Znane, jakby się wydarzyły. To obrazy z poprzednich wcieleń, produkt uboczny medytacji – wyjaśnił mu nauczyciel.

Uwierzył. Bo to wiele wyjaśnia. Bo stojąc z miseczką w dłoniach po posiłek, nagle poczuł, jakby robił to już tysiące razy. Porażające wrażenie. Przepłakał dwie godziny. Ale potem przyszło oczyszczenie, jakaś lekkość.

Nie było już odwrotu. Kiedy CD Projekt na dobre wyszedł z tarapatów, w 2012 Michał Kiciński się wycofał.

Dziś ciągle jest jednym z dwóch największych udziałowców z pakietem prawie 11 proc. akcji wartym niemal 750 mln zł. Ale jego droga nie prowadzi już na Jagiellońską w Warszawie, gdzie jest siedziba spółki.

Między Marszałkowską a Machu Picchu

Dzisiaj ta droga prowadzi go do Peru. Tam w małej miejscowości w Świętej Dolinie Inków jest ośrodek medytacji, który kupił dwa lata temu. Właściwie przez przypadek. – To znajomy miał go kupić, a ja pojechałem mu tylko doradzać – wspomina.

Ośrodek Sacha Munai w Peru
Ośrodek Sacha Munai w Peru

Autor: archiwum prywatne/Michał Kiciński

Źródło: Archiwum prywatne

Ośrodek jest w małej miejscowości na trasie prowadzącej na Machu Picchu. Budynki stoją na końcu drogi – zbudowane w całości z suszonej na słońcu gliny, otoczone wielkimi ogrodami i warzywniakami, w których uprawiane są rośliny bez użycia chemii. Obok jest nawet wodospad. To kusi głównie grupy ze Stanów Zjednoczonych, które przyjeżdżają tam na jogę, wycieczki, spotkania z lokalnymi szamanami i uzdrowicielami.

To niezwykłe miejsce i całkiem niezły biznes. – Ciągle jeszcze do niego dokładamy, ciągle dokupujemy ziemię, żeby go jeszcze powiększyć, bo mamy naprawdę wielkie zainteresowanie. Już w tej chwili mamy wszystko zarezerwowane do połowy przyszłego roku. Myślę, że w przyszłym roku będziemy już mogli odtrąbić, że zarobiliśmy na tym miejscu – mówi Kiciński, którego nowa droga dalej wiedzie przez Urle – miejscowości ok. 100 km od Warszawy. Właśnie powstaje tam Oddechowo.

Oddechowo w Urlach
Oddechowo w Urlach

Autor: archiwum prywatne/Michał Kiciński

Źródło: Archiwum prywatne

– To ośrodek, w którym będą zajęcia oddechowe, joga, medytacja, zajęcia z rozwoju osobistego. Docelowo marzy nam się, żeby w Warszawie w Forcie Traugutta prowadzić takie zajęcia dzienne, a w Urlach organizować zajęcia wyjazdowe, weekendowe – opowiada Kiciński.

W Urlach pierwsi goście pojawią się już na przełomie maja i czerwca. Jednak realizacja drugiej części tego planu zajmie jeszcze kilka lat. Kiciński zabytkowy Fort Traugutta na warszawskim Żoliborzu kupił w 2013 roku. Teraz prowadzi tam prace konserwacyjne, będzie odkopywać suchą fosę, potem osuszać piwnice. Dopiero potem przyjdzie czas na remont.

Gdy już skończy, Fort prawdopodobnie będzie piękną, ale jednak nadal skarbonką, może na siebie nie zarabiać. Urle też mogą nie wychodzić na plus.

– Może się okazać, że oba ośrodki będą finansowane z pieniędzy, jakie zarobi ośrodek w Peru – przyznaje Michał Kiciński. W jego głosie jednak nie słychać rozczarowania. Przeciwnie, bo to nie są projekty, które mają mu przynieść pieniądze.

– Fort Traugutta, Urle czy Wegemama, to są działania, które mają edukować. Jest w tym trochę misji – wyjaśnia. – Ale też po latach budowania rzeczy wirtualnych jak np. „Wiedźmin”, wielką przyjemność sprawia mi stworzenie czegoś fizycznego, bardziej namacalnego, zbudowanego z materii – dodaje.

Częścią tej misji jest wspomniana Wegemama – restauracja, w której goście na talerzach znajdą tylko materię wegańską. Restauracja w centrum Warszawy to najmłodsze dziecko milionera. – Jaram się tym, przychodzę testować jedzenie – mówi Kiciński. Ale od razu dodaje, że za Wegemamą stoi fantastyczny zespół ludzi, którym on tylko pomógł wystartować.

Podobnie jak pomaga fundacji budującej pierwszy w Polsce ośrodek Vipassany w Dziadowicach w Wielkopolsce – Dhamma Pallava. – To będzie jeden z najlepszych obiektów w Europie i w sumie na świecie. Położony wśród lasów w centralnej Polsce będzie miał ponad 120 jednoosobowych pokoi z łazienkami – mówi Kiciński, który Vipassanę praktykuje codziennie. – Nie będzie trzeba jeździć daleko na kursy – dodaje. Ale trzeba będzie jeszcze poczekać kilka miesięcy, bo ośrodek rusza dopiero we wrześniu.

Ile będzie kosztował taki dziesięciodniowy kurs w Dziadowicach? Nic. To jedna z podstawowych zasad Vipassany – nie można na niej zarabiać. Ośrodki na całym świecie utrzymują się całkowicie z dobrowolnych dotacji osób, które tę technikę już poznały i chcą umożliwić to innym. Nauczyciele Vipassany pracują jako wolontariusze, a kursanci nie płacą nawet za zakwaterowanie i jedzenie. Bo tu chodzi o pomaganie, a nie o biznes.

Dokładnie o to samo chodzi teraz Michałowi Kicińskiemu – żeby pomagać innym odnaleźć harmonię, tak jak on ją odnalazł.


Agata Kołodziej: Jest pan teraz szczęśliwym człowiekiem?

Michał Kiciński: Jestem szczęśliwy częściej niż byłem kiedyś – to na pewno. Jeszcze doskwiera mi parę rzeczy, zwłaszcza ze zdrowiem, co jest trochę upierdliwe. Ale nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze czułem się psychicznie. Na pewno jest lepiej niż 5, 10, 15 lat temu… Szczęśliwszy może byłem jako nastolatek, ale właściwie już nie pamiętam.

Teraz jest mi dobrze. Zazwyczaj udaje mi się zachować równowagę, mam poczucie, że rzeczy idą we właściwym kierunku.

Jak to się stało, że człowiek, który jest na szczycie, odbiera nagrodę Przedsiębiorcy Roku, a jego dziecko – „Wiedźmin” – jest światowym hitem, wpada w depresję? To było gdzieś głęboko w panu, czy przyszło z zewnątrz, bo pojawiła się presja i zbyt duży stres?

To jest tak, że ja sam potrafię się doskonale dyscyplinować. Miałem przez to w życiu zbyt dużo okresów, podczas których do czegoś się zmuszałem. Z poczucia odpowiedzialności za pracowników, za wspólników itd. To na pewno mi nie pomogło i to jest prosta droga do wypalenia, które u mnie nastąpiło.

Ale jeśli chodzi o depresyjne historie, drugą rzeczą jest coś, czego nie da się nazwać.

Spróbuje pan?

Nie można do tego przypiąć żadnego konkretnego wydarzenia. Jak patrzę na swoje epizody depresyjne, widzę, że wtedy nie wydarzało się nic, co mogłoby wywoływać takie reakcje. Ludzie na ogół myślą, że człowiek wpada w depresję, kiedy w jego życiu wydarzy coś złego, żona go nie rozumie, szef jest zły… Że jest jakiś konkretny powód, dla którego jest mu źle, smutno i jest nieszczęśliwy.

Tymczasem moje doświadczenie jest takie, że to się dzieje bez powodu. To jest dość słabe, bo gdy jest powód, to zawsze można próbować go wyeliminować. Może to kwestia genów… U mnie w rodzinie kwestia depresji dość często się pojawiała. Cholera wie, skąd to się bierze. Może po prostu to odziedziczyłem.

To już za panem?

Jeszcze czasem zdarzają mi się nastroje, które potrafią mnie ściąć z nóg. Ale dziś już wiem, że muszę to przeczekać i przejdzie. Jest mi o tyle łatwiej, że ja się po prostu z tymi stanami nie identyfikuję.

Co to znaczy?

Buddyści mówią: „obserwuj swoje myśli”. OK, no to obserwuję, i co? No to skoro je obserwujesz, to nimi nie jesteś. A emocje? Potrafisz je obserwować? Tak? To też nimi nie jesteś. Jesteś czymś ponad to. Koncentruj się więc na tym, czym jesteś naprawdę, a nie na tych fałszywych historiach, które są tylko przejściowymi fenomenami -pojawiają się i znikają.

Skoro człowiek nie jest emocją ani myślą, to czym jest?

Czystą świadomością. Jest tym, co postrzega.

Wchodzimy w filozofię, którą zresztą pan studiował na długo przed zainteresowaniem medytacją i kulturą Wschodu. Zawsze coś odrywało pana od ziemi?

Mam taką cechę osoby, która poszukuje. Jest na to nawet specjalna nazwa, która pochodzi z nauk jogińskich: mumukshutva. Jest to jedno z sześciu bogactw i dokładnie oznacza: duch dociekania, pragnienie wolności. Podobno niewiele osób to ma, ja akurat to miałem, bo rzeczywiście zawsze mnie takie egzystencjalne rzeczy interesowały – po co tu jesteśmy? Co się wokół mnie dzieje? Czy Bóg istnieje? Dlatego właśnie poszedłem na filozofię.

Ta filozofia coś panu dała?

Szczerze mówiąc niewiele. Ale prawda jest też taka, że ja też nie bardzo się do tych studiów przykładałem, bo jednocześnie pracowałem w CD Projekt i trochę się ze wszystkim nie wyrabiałem. Ale miałem silne poczucie, że tam nie znajdę odpowiedzi. To było za bardzo na poziomie rozprawek intelektualnych. Choć z wielką ciekawością czytałem Leszka Kołakowskiego, to do mnie do końca nie przemawiało. Zrozumiałem, że tych odpowiedzi nie znajdę w zachodnim nurcie filozofii.

Znalazłem je dopiero gdy zacząłem medytować, czyli zaglądać wewnątrz siebie. Bo na co dzień my, zachodnie ludki, całą uwagę kierujemy na świat zewnętrzny, na zmysł wzroku, słuchu, węchu, smaku, dotyku. Ale wcale nie wiemy, co czujemy. Ja miałem taki długi okres w życiu, że gdyby ktoś mnie zapytał, co czuję, musiałbym odpowiedzieć: „nie wiem”. I to na takie proste pytanie, czy jestem smutny, wesoły czy rozdrażniony nie umiałbym odpowiedzieć. To jest taki totalny brak kontaktu z własnym ciałem i z własnymi emocjami. Dopiero skierowanie uwagi do wewnątrz pozwala odkrywać cały wszechświat w sobie. I ja wtedy w sobie zacząłem znajdować odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań.

Jednym z nich było pytanie, kim jest Bóg. Znalazł pan na nie odpowiedź?

Takim Tatą-Stworzycielem. Ale to jest strasznie trudne pytanie, bo to jest byt mający znacznie więcej wymiarów niż my. Nie chciałbym serwować teraz jakichś ograniczonych definicji, ale to jest coś, w czym jesteśmy wszyscy zanurzeni.

Jest pan katolikiem? Chrześcijaninem?

Nie lubię etykietek. Tak, byłem ochrzczony, zdarza mi się modlić w kościele, jakiś czas temu byłem u spowiedzi. Nie znam się na doktrynach. Ale bardzo wierzę w Jezusa Chrystusa.

I jednocześnie wierzy pan w reinkarnację, którą Kościół jako instytucja absolutnie odrzuca.

Mnie chyba właśnie ta instytucjonalność nie do końca pasuje. Bliżej mi do dzieł bożych niż ludzkich. Ciężko to wytłumaczyć.

Co z tą reinkarnacją?

Staram się być człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Ale miałem tyle dziwnych i nieprzypadkowych sytuacji, tyle obrazów podczas medytacji mi się pojawiało, tyle mistycznych doświadczeń, których się nie da w żaden logiczny sposób wytłumaczyć i o których wolałbym nie odpowiadać, bo mnie wezmą za wariata – to wszystko wskazuje mi, że cykl ponownych narodzin istnieje.

Na początku myślałem, że to jakieś kadry z filmów, poszedłem do swojego nauczyciela, a on mi powiedział: „don’t worry”, to taki produkt uboczny wysokiej koncentracji, że pojawiają się obrazy z jakichś strasznie starych historii.

Michał Kiciński (po lewej) i Marcin Iwiński (po prawej) podczas pierwszej podróży do osrodka Dhamma Giri w Indiach
Michał Kiciński (po lewej) i Marcin Iwiński (po prawej) podczas pierwszej podróży do osrodka Dhamma Giri w Indiach

Źródło: Archiwum prywatne

Zanotowałem sobie te wszystkie obrazy skrzętnie, ale dziś nawet sam sobie myślę: „kurczę, no dziwne to było”. Ale jednak się wydarzyło i to daje mi logiczne wskazówki, że ten świat zbudowany jest trochę inaczej, niż nam się wydaje.

Ale nie zamierzam się ani z nikim o tę reinkarnację zakładać, ani się przy tym upierać, bo to jest drugorzędne. To mi pomogło zrozumieć pewne rzeczy, ale nie jest to dla mnie coś strasznie istotnego. Dużo ważniejszy jest ten moment, to życie i ta chwila, która się właśnie dzieje.

Co pan zrozumiał?

Jak ważne jest zostawienie w sobie otwartości na to, żeby móc powiedzieć, że wszystkiego nie wiemy. Z jakiegoś powodu świat skonstruowany jest tak, żebyśmy sobie łatwo nie mogli wszystkiego sprawdzić. Nie bijmy się więc z wszechświatem, tylko koncentrujmy się na naszym życiu tak jak jest ono ułożone. I to, co ja z tych swoich nauk wyniosłem to, że świat to więcej niż widać na pierwszy rzut oka. I nie chodzi wcale o to, żeby w tym „więcej” strasznie kopać, ale żeby mieć w sobie pokorę i przeświadczenie, że to, co postrzegamy naszymi zmysłami, to jest tylko jakaś warstwa i nie wiadomo, ile tych kolejnych warstw jest.

Fizycy kwantowi zastanawiają się, jak to jest możliwe, że cząsteczka jest w dwóch miejscach jednocześnie, albo że cząsteczki są splątane, zmieniają swój stan, mimo że się w żaden sposób nie komunikują, a są np. po dwóch stronach planety. Widać, że jest jeszcze szalenie dużo do odkrycia. Ale nam wygodnie jest nie przyjmować tego do wiadomości, bo to wprowadza jakieś poczucie niepewności, dyskomfort. Wygodniej jest więc to wyśmiać, wyprzeć, powiedzieć, że ktoś opowiada banialuki. Bo to po prostu jest niewygodne.

Ludziom cywilizacji Zachodu brakuje otwartości na to, co jest jeszcze niezbadane, a niezbadane jest cholernie dużo.

Jest coś, czego pan żałuje?

Chyba nie. Jedyna rzecz, której żałowałem, to że nie byłem przy śmierci mojej ukochanej babci, która mnie wychowywała. Ale przepracowałem to podczas pięknej medytacji i pomogło mi to pozbyć się żalu.

Czasem sobie myślę, że mogłem w jakiejś sytuacji postąpić inaczej, ale z drugiej strony wiem, że postąpiłem najlepiej, jak potrafiłem. Kopanie się ze sobą, dlaczego w przeszłości nie zrobiłem czegoś inaczej czy lepiej nie ma sensu. Teraz to wiem i to buduje we mnie wewnętrzne poczucie, że wszystko jest tak, jak ma być.

Czy w związku z tym nie boi się pan niczego?

Boję się śmierci i strasznie chciałbym się jej nie bać. Bo to kiedyś musi przyjść i nie chciałbym, żeby wtedy nogi trzęsły mi się jak galareta.

Zresztą podejrzewam, że część tych moich wszystkich poszukiwań jest związana tak naprawdę właśnie z oswajaniem śmierci.

Wykłady i warsztaty dla rodziców na SWPS w Poznaniu, 15-23 maj 2017

W celu rejestracji wypełnij zgłoszenie na:

https://www.swps.pl/strefa-rodzica/wydarzenia/poznan/15718-strefa-rodzica-w-ramach-poznanskich-dni-rodziny

Strefa Rodzica w ramach Poznańskich Dni Rodziny

Czy należy spać wspólnie z dzieckiem? Jak emocje wpływają na dzieci najmłodsze? Czy da się wychować nastolatka? Jak kształtuje się jego seksualność i czy wpływa na emocje? Na te pytania będziemy odpowiadać podczas wykładów i warsztatów, które przeprowadzimy w poznańskiej Strefie Rodzica w ramach Poznańskich Dni Rodziny organizowanych przez Urząd Miasta Poznania.

Poznańskie Dni Rodziny to czas, w którym wszystkim poznańskim rodzinom proponowany jest szereg wydarzeń, spotkań i imprez o charakterze integrującym i promującym życie rodzinne. Strefa Rodzica Uniwersytetu SWPS zaprasza na cykl wykładów i warsztatów o emocjach, które poświęcimy dzieciom najmłodszym oraz nastolatkom. Wstęp wolny, po wypełnieniu formularza internetowego.

Harmonogram

15 maja, godz. 17.00 – wykład

  • Czego gęsi, kaczki i małpy nauczyły nas o emocjonalnym i społecznym rozwoju dziecka? Spanie z dzieckiem (co-sleeping) w świetle badań psychologicznych(sala 001)
    dr Konrad Piotrowski

16 maja, godz. 17.00 – warsztaty

  • Złość nie zawsze jest zła (sala 310)
    Anna Olczak-Stawicka
  • nieMAŁE emocje – Jak rozmawiać z dziećmi o emocjach (sala 309)
    Aleksandra Patela

23 maja, godz. 17.00 – wykład

  • Tyle szans na rozwój, czyli życie z nastolatkiem (sala 001)
    Anna Cwojdzińska

23 maja, godz. 18.45 – warsztaty

  • Taka trudna dorosłość. Czy da się wychować nastolatka? (sala 310)
    Anna Cwojdzińska
  • O seksualności nastolatków w kontekście przeżywanych emocji (sala 309)
    Martyna Dziekan
  • Nastolatek – konserwatywny anarchista. Jak wspólnie przejść przez okres burzy? (sala 311)
    Monika Domska-Brzozowska

Czego gęsi, kaczki i małpy nauczyły nas o emocjonalnym i społecznym rozwoju dziecka?
Spanie z dzieckiem (co-sleeping) w świetle badań psychologicznych.

Czy należy spać wspólnie z dzieckiem? Czy spanie z rodzicami utrudnia dziecku rozwój? Wykład poświęcony będzie znaczeniu wczesnych doświadczeń w relacji z rodzicami dla rozwoju emocjonalnego i społecznego dziecka. Zagadnienie to zostanie także omówione z punktu widzenia możliwych efektów tych wczesnych relacji w życiu dorosłym. W tym kontekście, przyjrzymy się bliżej jednemu z praktycznych zagadnień związanych z rodzicielstwem, jakim jest wspólne spanie z dzieckiem.

Konrad Piotrowski – dr psychologii, absolwent Uniwersytetu SWPS. Jego zainteresowania naukowe dotyczą przede wszystkim rozwoju człowieka w okresie dorastania i wczesnej dorosłości. Prowadzi badania nad rozwojem tożsamości, ze szczególnym uwzględnieniem budowania wizji własnej przyszłości. Szczególnie zainteresowanie kieruje w stronę momentów przełomowych w życiu młodych ludzi, związanych z tym podejmowaniem nowych ról i zadań oraz czynników wpływających na jakość realizacji.

Złość nie zawsze jest zła

Jak reagować na wybuchy gniewu dziecka? Czy smutek to oznaka depresji? Jak pomóc przezwyciężać stany związane np. z poczuciem bezradności. Na te i szereg innych pytań będzie odpowiadać psycholog Anna Olczak-Stawicka podczas warsztatu w ramach Strefy Rodzica. Rodzice dowiedzą się, dlaczego dziecko przeżywa emocje całym sobą i jak można optymalnie reagować na w takim przypadku.

Celem warsztatu jest omówienie najbardziej niepokojących trudności wychowawczych mogących pojawić się w rozwoju dzieci od 0-12 roku życia. Nauczymy rozpoznawać i nazywać emocje dziecka, identyfikować własne nastawienie, które może ułatwiać lub utrudniać optymalne reagowanie na dziecięce wybuchy emocji, a także przybliżymy strategie wspierania dziecka w radzeniu sobie z silnymi uczuciami. Zastanowimy się również nad metodami wychowawczymi, które wpłyną na redukcję zachowań problemowych.

Anna Olczak-Stawicka – psycholożka, pedagożka, mediatorka rodzinna. W pracy zawodowej zajmuje się diagnozą i terapią dzieci i młodzieży, par i rodzin, prowadzi edukację i poradnictwo w zakresie seksuologii, warsztaty dla nauczycieli i rodziców. Pracuje w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej SWPS oraz Przedszkolu Integracyjnym.

nieMAŁE emocje – Jak rozmawiać z dziećmi o emocjach

Emocje dzieci są ważne. Rozwijanie inteligencji emocjonalnej dziecka pozytywnie wiąże się z ich jakością życia. Nauka rozpoznawania, nazywania emocji oraz umiejętność radzenia sobie z nimi sprzyja formowaniu się pozytywnej samooceny, ma związek z nawiązywaniem pozytywnych relacji rówieśniczych, a nawet może wiązać z sukcesami w szkole. Rodzice mają niewątpliwy wpływ na rozwój emocjonalny swoich pociech. Dziecko obserwując rodzica uczy się jak regulować własne emocje. Warsztat przeznaczony jest dla rodziców dzieci przedszkolnych oraz wczesnoszkolnych. Rodzice będą mieli okazję dowiedzieć się jak przebiega rozwój emocjonalny dziecka oraz jak rozmawiać z dziećmi o emocjach. Poznają także praktyczne narzędzia, które mogą wykorzystać w wspieraniu rozwoju emocjonalnego dziecka.

Aleksandra Patela – psycholożka, absolwentka Uniwersytetu SWPS. Członek stowarzyszenia KIND Kolektyw. Uczestniczka kursu terapii systemowej w Wielkopolskim Towarzystwie Terapii Systemowej. Obecnie pracuje jako psycholog szkolny w szkole podstawowej. Pracowała również z młodzieżą zagrożoną niedostosowaniem społecznym. Stażystka w Pracowni Humani – uczestniczy w zajęciach grupy dziecięcej, rozwijającej umiejętności emocjonalne i społeczne.

Tyle szans na rozwój, czyli życie z nastolatkiem

Dorastanie to czas wielu wyzwań. Nie tylko dla nastolatka, ale także dla jego rodziny i bliskich. Jest to czas nabywania nowych umiejętności, poznawania samego siebie, życia i ludzi. To czas zadawania ważnych pytań i dokonywania ważnych wyborów. Często nie tylko odczucia, ale i decyzje zmieniają się niczym w kalejdoskopie – potrzeba dużej uważności, by odnosić się do nich z należytą uwagą i zrozumieniem. W całym tym dojrzewaniu łatwo przegapić fakt, że to nie tylko nastolatek dorasta i rozwija się, dlatego prowadząca wraz z uczestnikami wykładu zastanowią się jakie szanse na rozwój i nową wiedzę stwarza mieszkanie pod jednym dachem z kimś, kto właśnie uczy się dorosłości. Zapraszamy na wykład psycholog Anny Cwojdzińskiej w poznańskiej Strefie Rodzica.

Anna Cwojdzińska – psycholożka, terapeutka, pracuje z dziećmi, młodzieżą i rodzinami. Absolwentka UAM w Poznaniu, obecnie doktorantka na Uniwersytecie SWPS w Warszawie i wykładowca Uniwersytetu SWPS w Poznaniu, członkini Association for Contextual Behavioral Science (ACBS), prezes zarządu Stowarzyszenia KIND Kolektyw, propagującego ideę życzliwości.

Taka trudna dorosłość. Czy da się wychować nastolatka?

Im starsze dziecko tym potrzebuje więcej wolności. Im starsze – tym bardziej rosną wymagania, by było człowiekiem samodzielnym, dobrym, skutecznym w działaniu. Wielu z potrzebnych nastolatkowi rzeczy uczymy, gdy dziecko jest młodsze, licząc, że gdy przyjdzie czas, młody człowiek będzie je potrafił przywołać i wykorzystać. A co jeśli tak się nie dzieje? Czy da się wychować nastolatka czy są to próby skazane na porażkę? Na te i inne pytania postarają się odpowiedzieć uczestnicy warsztatu razem z prowadzącą.

Anna Cwojdzińska – psycholożka, terapeutka, pracuje z dziećmi, młodzieżą i rodzinami. Absolwentka UAM w Poznaniu, obecnie doktorantka na Uniwersytecie SWPS w Warszawie i wykładowca Uniwersytetu SWPS w Poznaniu, członkini Association for Contextual Behavioral Science (ACBS), prezes zarządu Stowarzyszenia KIND Kolektyw, propagującego ideę życzliwości.

.

O seksualności nastolatków w kontekście przeżywanych emocji

Martyna Dziekan – psycholożka. Pracuje w Laboratorium Psychofizjologii Zdrowia przy UAM, prowadzi zajęcia z psychologii w Szkole Policealnej, psycholog szkolny w Gimnazjum nr 2 w Murowanej Goślinie. Jedna z założycielek i członkini zarządu Stowarzyszenia KIND Kolektyw promujących społeczne i emocjonalne uczenie się (Social and Emotional Learning). Naukowo i zawodowo zainteresowana psychologią pozytywną, seksuologią kliniczną, społecznym postrzeganiem płci i terapiami trzeciej fali.

Nastolatek – konserwatywny anarchista. Jak wspólnie przejść przez okres burzy?

Jak zmienia się myślenie i postrzeganie nastolatka? Czym charakteryzują się jego postawy, co oznaczają emocje? Na temat młodzież, która kształtuje swój charakter między 13 a 18 rokiem życia porozmawiamy z psycholożką Moniką Domską-Brzozowską. Wychowywanie nastolatka to wyzwanie dla każdego rodzica. Jak wspólnie z dzieckiem przejść przez ten okres „burzy i naporu” pozostając przyjaciółmi na całe życie? W jaki sposób rozmawiać, wyznaczać granice, wyznaczać reguły?

Monika Domska-Brzozowska – psycholożka, mediatorka rodzinna. Zajmuje się diagnozą i terapią dzieci i młodzieży, terapią par i rodzin. Prowadzi mediacje rodzinne. Pracuje w m.in. Pporadni Psychologiczno – Pedagogicznej SWPS, w Centrum Medycznym Diagnosis oraz w przedszkolu integracyjnych z dziećmi niepełnosprawnymi. Od kilku lat prowadzi prywatną praktykę. Współpracuje ze szkołami oraz poznańskim ODN. Prowadzi szkolenia dla nauczycieli i warsztaty dla rodziców. Jest koordynatorem z ramienia oświaty ds. przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Na stałe współpracuje z MOPR i policją.

Zgłoszenia

Kontakt

Katarzyna Ksenicz
Koordynator Strefy Rodzica w Poznaniu

tel. 667 520 023
e-mail: strefarodzica.poznan@swps.edu.pl

Perfekcjonizm? Nie dzięki.

Bardzo polecam bloga blimsien.com, na którym ukazał się ten tekst.

perfekcjonizm

Ostatnio na wielu blogach, w magazynach i ogólnie „zewsząd” słyszę powtarzające się „weź się za siebie” i „jak opanować odkładanie na później” oraz „siła woli, głupcze!”. Otóż chciałabym zapytać jaki to kapral w Tobie ciągle smyra Cię batem po tyłku, pogania i krzyczy „przestań sobie pobłaża攄możesz to zrobić lepiej” i nieśmiertelne „jeśli wystarczająco się postarasz, możesz mieć wszystko i być każdym”. A takiego.

Owszem, możesz dużo i kreujesz swój los. Szczerze wierzę w to, że każdy z nas może się zmienić, jeśli tylko zechce. Może zajrzeć wgłąb siebie, albo wcale nie, może podpatrzeć innych, którym się udało to co nam się właśnie podoba, i spróbować wziąć od nich to co najlepsze, dać się zainspirować. Można odrobić lekcje, ulepszyć siebie, ciągle się rozwijać i nigdy nie przestawać. Nie słuchałabym jednak podszeptów o obrzydliwym i rozlazłym pobłażaniu sobie. O wdrażaniu dyscypliny. Ogólnie to nie bądź ślimakiem, nieudacznikiem lub nie daj boże grubasem. Nie bądź nieporadna, biedna, mało ogarnięta. To grzech śmiertelny. No kaman, chcesz być człowiekiem sukcesu czy nie?

Chcesz mieć płaski brzuszek, świetne stopnie, kolejny tytuł naukowy, awans? Lepszy samochód? Samochód w ogóle? Chcesz tego wszystkiego czy nie chcesz? Zdecyduj się. I jeśli przypadkiem odpowiesz sobie „tak” musisz wiedzieć jedno – krew, pot i łzy. NO FUCKING MERCY! Chyba nie wymiękasz cieniaro?

No to ja stanowczo się z tym nie zgadzam. Tak jak nie zgadzam się z biciem dzieci, jak nie zgadzam się z gnębieniem psów. Nie zgadzam się też z gnębieniem siebie. Ludzie, którzy ogromnie boją się zobaczyć swój miękki brzuszek, ludzie którzy boją się słabości i ona ich brzydzi, to bardzo nieszczęśliwi i zaburzeni ludzie. I mówię to ja, a był to jeden z moich tematów do przepracowania. Oh, jak ja nienawidziłam ludzi słabych, brzydkich, niedostatecznie bystrych. W tym siebie. Oh, jak chętnie odrzucałam marchewkę i okładałam się kijem po plerach krzycząc „jazda, ruszaj się leniwa dupo, inaczej nigdy nie osiągniesz tego o czym marzysz”. Mój boże! Z dzisiejszej perspektywy, nawet nie chciałabym! Nic nie jest warte automowy nienawiści. Sabotowania samego siebie i to pod płaszczykiem samorozwoju. To nie motywuje, to bardzo niszczy. I możesz mieć miliony plnów (albo nawet amerykańskich dolarów, choć ostatnio polecam brytyjskie funty) brzuch jak tarkę, najpiękniejszego męża świata i nadal czuć się, no powiedzmy cokolwiek licho.

Każdy z nas jest w środku delikatny. I jeśli nie staniemy się w pewnym sensie dość mocni, mocni w sposób mądry, nigdy nie ochronimy tego miękkiego wnętrza. A wiesz co wtedy się dzieje? Kiedy wnętrze kilka razy się wyleje jak żółtko z niedogotowanego jaja, kiedy ktoś wsadzi Ci tam palucha, kiedy naruszy Twoje granice, uznasz że trzeba się bronić. Ja uznałam. A obrona to pancerz. Gruby pancerz. Zbroja i twierdza. Problem w tym, że im grubsze opancerzenie, tym bardziej wnętrze miękkie, przelewające i wrażliwe. Oj, jakie wrażliwe! A jak kiedyś kogoś do niego dopuścisz i on Cię zawiedzie, naprawdę będzie z Tobą krucho. Dlatego najlepiej jest wypracować sobie lekki pancerzyk chitynowy. Taki w sam raz.

To oznacza, że trzeba do miękkiego środka zajrzeć i się nie przestraszyć.A potem się tym środkiem zaopiekować. To trochę jak dziecko. I to ciekawe, bo każdy z nas myśli, że ma tyle lat ile ma, że dorasta, a zrzucona skóra zostaje za nami, gdzieś tam hen. A tymczasem nosimy w sobie nasze poprzednie wcielenia, takie różnorakie embriony i poczwarki, ooo gorsze to znacznie niż szatańskie in vitro! Masz w sobie nadal dzieciaka, który jest wrażliwy i musisz nauczyć się go chronić. Mimo tego, a może przede wszystkim dlatego, bo jesteś dorosła.

Czy Twoim zdaniem najlepszym sposobem wychowywania dziecka jest darcie na niego japy? Lub straszenie go? A może zawstydzanie? Robisz, któreś z tych rzeczy sobie? Boisz się, że jak wejdziesz w tryb pobłażania sobie, to się całkiem rozpuścisz, rozleniwisz, znikniesz? Być może więc wcale siebie nie znasz.

Zamiast marchewki z kijem, zastosuj samą marchewkę. Marchewka jest zdrowa. Poczęstuj siebie. Bądź dla siebie miła. Kiedy padasz z nóg, po prostu odpocznij. Tak, kosztem prania, pracy domowej, spotkania towarzyskiego. Jeśli chcesz schudnąć, nie musztruj się (na boga!) znajdź sposoby i potrawy, które Ci służą, ruch  który lubisz i zacznij korzystać z tych nowych preferencji. Jeśli nie jesteś w czymś geniuszem, zastanów się, czy na pewno musisz być? I czy właśnie teraz powtórne nauczenie się francuskiego, to jest właśnie to, co jest warte godzin ślęczenia nad książkami, a przecież francuski nie wchodzi Ci gładko. Ja dość dawno pogodziłam się już z moją kiepską pamięcią (aczkolwiek ćwiczę ją, coby nie zanikła totalnie), matematycznym beztalenciem i tym, że organizatorka ze mnie żadna. Nie będę mieć pupy jak Byonce, bo zamiast trzaskać przysiady wolę poczytać książkę lub spotkać się z przyjaciółką, a mój dom nigdy nie będzie czyściutkim pudełeczkiem, za to zawsze będę umiała wyczarować w nim coś z niczego do jedzenia. I będzie to zacne.

Nie chodzi o usprawiedliwianie się. Musisz zachować wobec siebie elementarną uczciwość. Jeśli coś sobie obiecasz, dotrzymuj słowa. Dbaj o swoje interesy. Ale pamiętaj też, że są wyjątki od reguł i że dobrze jest traktować się z czułością i ciepłem. Dobrze potraktowany przyjaciel potrafi być bardzo lojalny i radosny w relacji z nami. Chciałabym żebyś była swoją najlepszą przyjaciółką. Kaprala i głosy krytycznych rodziców zostaw po prostu tam gdzie ich miejsce. W koszarach prawdopodobnie. I nigdy do tych koszar nie wracaj.

Prof. Leszek Kołakowski o tym, co jest ważne w życiu

Profesor Leszek Kołakowski z czułością o człowieku.
Artykuł ukazał się na stronie http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/11583,1,prof-leszek-kolakowski-o-tym-co-jest-wazne-w-zyciu.read

0na3icmzwgbjjlzxx

Prof. Leszek Kołakowski, filozof, eseista. Był wielkim autorytetem moralnym, który w chaosie współczesności pomagał pogodzić się ze sobą, światem i historią.

Przykazania Leszka Kołakowskiego:
Po pierwsze przyjaciele.

A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.

Jacek Żakowski: – Przychodzi do mędrca czterdziestoparolatek…
Leszek Kołakowski: – Czyli pan niby?

…albo dwudziestoletnia blondynka z nogami po szyję…
To już mniej do pana pasuje.

…więc siada ten ktoś obok mędrca i pyta: „Co jest ważne w życiu?”. Co mu mędrzec powie?
A skąd mędrzec ma wiedzieć?

Przeczytał tysiące książek, prawie 77 lat żyje na tym świecie, zdobył sławę mędrca. Kto ma wiedzieć, jak nie on?
Prawie 77 lat? To znaczy, że ja mam być tym mędrcem?

Dlatego tu przyjechałem.
Ale gdybym przyjął tę rolę, to byłoby tak, jakbym sam siebie uznał za mistrza życia. To by nie było dobrze. Muhammad Ali może skakać po ringu krzycząc, że jest najlepszy na świecie. Innym to nie przystoi.

Przyjmijmy, że stoi przed panem człowiek w prawdziwej potrzebie i prosi o pomoc. Może nie wie, co ma z życiem zrobić. A może źle sobie życie układał. Może czuje, że przyszła ostatnia chwila, kiedy może coś zmienić i skoncentrować się na tym, co jest naprawdę ważne. Musi mu pan pomóc.
Udając, że znam jakąś uniwersalną formułę?

A nie zna pan?
Trudna sprawa… Podobno taką formułą może być użyteczność dla innych. Są ludzie – choć bardzo nieliczni – którzy swoje życie traktują jak służbę. Mogą tę służbę pełnić na rozmaitych polach. W medycynie, polityce, nauce, pomocy społecznej, organizacjach międzynarodowych. Podobno spełniają się w życiu, bo mają poczucie jakiegoś szerszego sensu własnego istnienia.

To jest panu bliskie?
Oczywiście. Ale nie wiem, czy tego można się nauczyć ani jak dojść do takiej postawy. A z drugiej strony mamy też mi bliską postawę buddyjską zakładającą, że życie tak czy owak jest wielką masą nieszczęścia. Nic na to nie możemy poradzić. A perspektywa nirwany otworzy się przed nami dopiero, gdy zdołamy wyrzec się wszystkich pragnień, do minimum ograniczając własne oczekiwania. Są tacy, którzy przez samoograniczenie osiągają duchowe wyzwolenie. Ale też nie wiem, czy można polecać to wszystkim.

A pana ciągnie ku szczęściu osiąganemu przez samoograniczenie?
Ja o szczęściu nie mówię, bo nie wiem, co to takiego. I nigdy nie wiedziałem. Ale jest coś dobrego w buddyjskiej czy stoickiej skłonności do ograniczania pragnień w taki sposób, żeby przeciwności losu przyjmować ze spokojem. Nie być przywiązanym do potrzeb, nie wpadać w histerię, kiedy nam się nie udaje to, co byśmy chcieli. Nie chcieć zbyt wiele. Nie sięgać zbyt daleko. Lepiej mniej chcieć i mniej się rozczarowywać. Na przykład: jestem piękną, powabną, utalentowaną blondynką. Jadę do Hollywood, żeby zostać gwiazdą, a gram same ogony. Jestem rozczarowana. Mam poczucie zmarnowanego życia, nieszczęścia, mam się przez to powiesić? Lepiej mierzyć niżej.

Jeśli pan jako piękna blondynka zostanie tą gwiazdą, to też może się pan rozczarować i mieć poczucie zmarnowanego życia.
Bo czy życie jest zmarnowane, czy nie, to jest subiektywna sprawa. Tego się nie da obiektywnie ocenić. Załóżmy, że jestem ogrodnikiem. Nic więcej nie robię. Nie dążę do sławy ani żadnej wybitniej pozycji. Chcę mieć dość pożywienia i elementarnych dóbr, ale nie ciągnie mnie uganianie się za dobrami, które za wielkie powszechnie uchodzą. Nie chcę być Einsteinem. Czy w tym jest coś złego, że nie chcę być Einsteinem?

Zwłaszcza że to się różnie kończy.
Na ogół niedobrze. Pamiętam wybitnego fizyka, który mówił: „Albo się jest Einsteinem, albo nie warto żyć”. A jednak nie był Einsteinem. Czy to znaczy, że jego życie było zmarnowane?

Może w istocie nie chodziło o to, żeby zostać Einsteinem, tylko żeby dążyć do zostania Einsteinem?
To oczywiście jest lepsze. Dążenie do wielkich dóbr jest na ogół dobre. Ale jeżeli z góry założę, że tych dóbr nie osiągnę, to ich nie osiągnę na pewno. Bo wielkie dobra nie przychodzą przypadkiem. Wymagają wysiłku. Więc jednak ważne jest, by mieć choć trochę nadziei. Ale niezbyt wiele. Tyle, by jednak uniknąć katastrofy, kiedy zdam sobie sprawę, że tym Einsteinem nie będę. Inaczej miałbym poczucie zmarnowanego życia.

…albo straciłby pan sens życia, gdyby pan tym Einsteinem został…
…albo wciąż, bezustannie robiłbym bezskuteczne wysiłki. To też mogłoby być marnowanie życia.

Chyba już mam pierwszą radę mędrca. Ważne jest, żeby nie chcieć zbyt wiele.
Zgoda, „chcieć niezbyt wiele” to chyba jest dobra formuła udanego życia.

Ale niezbyt wiele czego? Bo są rozmaite dobra. Kilkanaście od razu przychodzi do głowy. Młodość, naród, pieniądze, praca, przyjaźń, przyjemność, radość, rodzina, seks, sława, szczęście, wiedza, władza, wolność…
Szczęście zostawmy, bo nie wiem, co to takiego. Każdy pod to co innego podkłada. Trzeba się pogodzić z tym, że, jako takie, szczęście nie istnieje.

Na istnienie szczęścia są empiryczne dowody. Każdy panu powie, czy jest dziś równie szczęśliwy jak wczoraj. Z faktu, że coś trudno uchwycić i opisać, nie wynika jeszcze, że to nie istnieje.
To by był dowód, że istnieje brak szczęścia. Ale gdybym jednak chciał się z panem zgodzić, że szczęście istnieje, to powiedziałbym, że jest to życie dziecka gdzieś do piątego roku w naprawdę kochającej go rodzinie wolnej w tym czasie od jakichś wielkich nieszczęść.

A potem już jest pana zdaniem nieszczęście?
Może to nie jest nieszczęście, ale zmienia się nasz stosunek do świata. Już wkrada się w nasze życie cynizm, świadomość, że świat jest niedobry. Małe dziecko nie zadaje sobie jeszcze pytania o szczęście i nie zna pojęcia szczęścia. Jak ktoś ma w głowie pojęcie szczęścia i sam siebie pyta, jak mam być szczęśliwy, jak urządzić życie, co jest w życiu ważne, to znaczy, że już nie jest i nigdy więcej nie będzie naprawdę szczęśliwy. Nikt nigdy nie zdobędzie szczęścia, które byłoby znane jako takie.

Ale można jednak się do niego mniej czy bardziej zbliżać. Temu w istocie służy szukanie odpowiedzi na pytanie: Co jest ważne w życiu? Młodość pana zdaniem jest ważna?
Młodość też możemy odłożyć, bo to jest dobro, które większość ludzi traci. Ale też nie wszyscy. Są ludzie w jakimś sensie młodzi do samego końca.

Jak się z nią rozstawać, by jak najmniej oddalić się od szczęścia?
Najprościej na świecie. Pozbyć się poczucia, że w byciu młodym jest jakaś szczególna wartość. Jeżeli nie mamy poczucia, że młodość jest dobrem, to też nie czujemy, że ponosimy stratę, kiedy się starzejemy.

Strona 2 z 2

To łatwo powiedzieć… Musiała się panu zdarzyć myśl: „To w moim wieku niestety nie wypada”.
A co nie wypada? Nie wypada w moim wieku uwodzić kobiety? Od kiedy nie wypada? Jeżeli będę pewien, że to jest nieskuteczne, to nie będę próbował. Ale czy możemy to wiedzieć na pewno? Nie wydaje mi się, żeby młodość jako dobro była w życiu jakoś szczególnie ważna i żeby należało przywiązywać do niej wyjątkową wagę. Natomiast jest ważne, żeby się człowiek z kultu młodości wyzwolił. Bo ten kult może nam kawał życia zmarnować.

Więc młodość odkładamy. Co jeszcze mędrzec by z tej listy wybrał jako ważne w życiu?
A według jakich kryteriów?

Według tego, na co warto w życiu stawiać?
Normalny człowiek, który nie ma usposobienia buddysty i nie gardzi dobrami świata, ale umie się cieszyć dobrami małymi, doraźnymi, potrzebuje wszystkiego po trochu. Nie ma nic złego, kiedy ktoś się cieszy, że ma trochę pieniędzy albo ciekawą pracę. Ale uniwersalnej hierarchii nie da się zbudować. Większość z nas nie ma ochoty się niczego wyrzekać. Wiemy, że te dobra są ze sobą w konflikcie, że się ograniczają, że „trudno zjeść ciastko i je mieć”, że nie możemy wszystkiego mieć w pełni, że także ci, którzy w oczach innych mają wszystko, sami nie muszą mieć poczucia, że są przez los hojnie obdarowani. Może łatwiej by było powiedzieć, jaki brak nam najbardziej doskwiera. Schopenhauer uważał, że dobro to brak udręk. Teraz na przykład siedzę tu i nie czuję żadnego szczególnego fizycznego bólu. Jest dobrze. Ale nie odczuwam tego jako czegoś ważnego. A kiedy zaczyna boleć, jeśli jest to ból intensywny, odczuwam go jako rzecz najważniejszą.

To może żeby się więcej od pana dowiedzieć, powinienem pytać, co jest najgorsze w życiu. Nie czy pieniądze są ważne, tylko czy brak pieniędzy jest straszny.
Ale tu też nie ma żadnej powszechnej hierarchii. Dla torturowanego najgorsze są tortury. Dla głodnego głód. Ludzie popełniają samobójstwa dlatego, że nie mogą zapłacić rachunków, albo dlatego, że ich miłość została odrzucona. Więc może najważniejsze jest, żeby się wyzwolić z cierpienia. Chociaż z drugiej strony (bo w życiu wszystko ma drugą stronę) stoicy twierdzą, że prawdziwy mędrzec wolny jest od cierpienia, a nawet od bólu tortur.

Gdyby to była prawda, mądrość byłaby najważniejsza w życiu. Ale nie wiadomo, czy na torturach stoicy nie zmieniliby zdania.
Są legendy o mędrcach, co dzięki mądrości wytrwali.

Ale czy to prawda?
No właśnie, w tym jest kolejny szkopuł. W istocie mało wiemy o innych. I przez to o sobie także. Ale jednak zapewne mądrość, wiedza, umiejętność cieszenia się choćby drobnym pięknem mogą w jakimś stopniu rekompensować rozmaite niedostatki czy bóle, które każdy przeżywa. Mogę być samotny, biedny, chory, głodny, a cieszyć się poezją. Ale to nie jest łatwe. Tę zdolność trzeba w sobie wyrobić. Można nauczyć się cieszyć tą wartościową częścią świata, która jest dostępna. To jest ważne, bo daje nam poczucie, że świat nie jest zbudowany tylko ze zła, cierpienia, nieszczęścia i walki.

Kultura jako opium?
Jak pan mówi „opium”, to zakłada pan, że to jest złudzenie. Narkotyki biorę po to, żeby się łudzić. A kiedy korzystam z dóbr ducha, to nie przeżywam złudzenia. To jest prawdziwa część świata, z którą warto obcować, bo ona daje mi poczucie, że mimo wszystkich okropności życia, mimo nieszczęść, cierpień, bólu, niedostatku, jest w tym świecie coś bardzo dobrego i pięknego. Nawet kiedy uczę się matematyki i dzięki temu rozumiem jakieś dowody, jest to dobro, które daje mi udział w dobrej stronie porządku tego świata. Takich dóbr jest wiele i mogę z nich korzystać nie mając bogactwa, władzy, sławy, czyli tego wszystkiego, o co ludzie walczą.

Więc ważna w życiu byłaby kultura.
Udział w dobrach ducha stworzonych przez ludzi. O to nie muszę wchodzić w konflikty z innymi. I mogą to być całkiem drobne rzeczy – byle bym potrafił prawdziwie się nimi cieszyć. Mogę iść ulicą i cieszyć się widokiem dzieła architektury, pięknego ogrodu, elegancko ubranej kobiety, wspaniałego auta. To są drobne dobra, ale bardzo realne. Mogę nawet siedzieć w nieogrzanym pokoju i cieszyć się pięknem poezji czy muzyki. Warto się tych rzeczy troszeczkę nauczyć, by umieć prawdziwie się nimi cieszyć. Żeby podziwiać muzykę czy malarstwo, trzeba coś o nich wiedzieć. Ale najważniejsze jest, żeby taką gotowość cieszenia się łatwo dostępnym pięknem w sobie kultywować.

To brzmi ładnie, ale dość idealistycznie. Większość z nas wolałaby tworzyć te dobra podziwiane przez innych, bo za podziwem dla dzieła idzie podziw dla twórcy.
Poklask i sława to dobra, których pożądanie zwykle prowadzi do nieszczęścia. Bo są to dobra, o które ludzie ubiegają się przeważnie bezskutecznie. Nie tylko dlatego, że trudno je osiągnąć. Przede wszystkim dlatego, że sławę na ogół można zdobyć osiągając w jakiejś dziedzinie mistrzostwo. Jak ktoś myśli o sławie, a nie o mistrzostwie, to przeważnie osiągnie najwyżej popularność. Żeby być sławnym prawdziwie, trzeba być Einsteinem albo Gretą Garbo.

Albo Leszkiem Kołakowskim.
O nie, ja nie jestem sławny. Sławni są teraz ci, których wciąż widzimy w telewizji.

Panu sława chyba wydaje się krępująca.
Dlaczego? W sławie nie ma nic złego. Cóż w tym złego, że ktoś chce być papieżem albo Muhammadem Ali. Złe jest tylko to, że z marzeń o sławie przeważnie nic nie wychodzi.

Z większości ludzkich marzeń przeważnie nic nie wychodzi. A jak wychodzi, to się okazuje, że nie o to chodziło. „Nie tak miało być, kochanie”.
Tak zazwyczaj pewnie też bywa ze sławą.

Ale czy marzeń o sławie – które przeżywa pewnie połowa zwykłych ludzi – należy się pozbyć, czy też jest to naturalny wyraz atawistycznej potrzeby uznania?
Potrzeba afirmacji jest rzeczą naturalną i prawie nieusuwalną, chyba że zostanie zduszona przez buddyjską świadomość. Bo buddyzm – prawdziwie przeżywany – najlepiej wyzwala nas z wszelkiej pożądliwości. To się odnosi nie tylko do przedmiotów, ale i do różnych czynników statusu: sławy, władzy, bogactwa. Dlatego buddyzm jest jedną z najpiękniejszych i najmądrzejszych wiar, jakie ludzkość stworzyła.

To ciekawe, że filozof, który niemal całe życie pisał o chrześcijaństwie i o komunizmie, w późnym wieku skłania się do buddyzmu.
Dlaczego w późnym wieku? Ja zawsze miałem ogromny szacunek do buddyzmu i dla kultury wedyjskiej.

Ale pan o buddyzmie ani o hinduizmie nie pisał.
Bo nie dość o nich wiem. Nie znam języków orientalnych, ale pamiętam, jakie wrażenie na mnie jako nastolatku zrobiły księgi wedyjskie. Zawsze byłem pod silnym wrażeniem myśli i wiary Wschodu.

I nie ciągnęło pana, żeby studiować buddyzm zamiast chrześcijaństwa i komunizmu?
Ciągnęło. Tylko że jak się żyje w świecie chrześcijaństwa i komunizmu, to naturalnie jest dla człowieka ważne, żeby te myśli zrozumieć. A buddyzm to jednak nie jest nasz świat, chociaż jest to świat niesłychanie ważny. Ale pan zdaje się chciał rozmawiać o tym, co ogólnie jest ważne w życiu ludzi, a nie o tym, co dla mnie jest ważne w buddyzmie.

Teraz do tych spraw ważnych dopisałem intelektualny czy religijny kontekst, z którym się jest związanym.
To z pewnością jest ważne. Sława na przykład dla prawdziwego buddysty nie ma żadnego znaczenia tak samo jak inne dobra doczesne.

Ale czy to jest dobre? Gdyby pan nie był sławny, to z pańskiej mądrości nie mielibyśmy wielkiego pożytku. Siedziałby pan w Oxfordzie, czytałby pan książki, pisałby pan swoje wykłady czy eseje i mało kto by je kupił, ludzie by pana nie oglądali w polskiej telewizji, nie czekaliby na pańskie artykuły… W jakimś sensie gdyby nie sława, to pewnie byśmy pana zmarnowali. Gdyby pana mądrość nie stała się sławna, to byłaby mniej użyteczna.
Można tak powiedzieć, ale ja sławny nie jestem.

Tu już zapiszemy rozbieżność, bo szkoda się spierać.
Dobrze. Ale dążąc do sławy łatwo jest się łudzić. „Ja nie dążę do sławy. Chcę tylko dać ludziom coś pożytecznego”. A prawdę mówiąc nie wiem, co pożytecznego daje ludziom człowiek, który na przykład skacze trzy metry do góry.

Emocje, poczucie uczestnictwa w jego wspaniałym wyczynie.
Ja myślę, że to jest iluzja. On ma iluzję, że robi to dla innych, a robi to tylko dla siebie – żeby wygrywać i być podziwianym. A inni mają iluzję tego uczestnictwa, o którym pan mówi, chociaż są tylko widzami – nie mają w tym skoku żadnego udziału ani żadnej zasługi.

Co w tym złudzeniu złego?
Nic. Niech będzie złudzenie. Chodzi tylko o to, żeby nie mieć do świata pretensji, gdy nas nie docenia. Nie uganiajmy się za sławą, bo na ogół nic z tego nie wyjdzie i będziemy mieli poczucie przegranego życia. A bez sensu jest mieć takie poczucie tylko dlatego, że nie jestem Muhammadem Ali czy Albertem Einsteinem.

Ale czy źle jest mierzyć wysoko? Pan musiał zadać sobie masę cierpień i musiał pan ponieść różne wyrzeczenia, żeby osiągnąć tę jakość intelektualną, do której pan doszedł.
Ja tak o sobie nie myślę. Ale mierzyć wysoko jest chyba rzeczą dobrą. Tylko że lepiej jest mieć swoją własną miarę.

Mierzyć siebie wedle własnych kryteriów, a nie wedle aplauzu innych?
Chyba coś takiego. Bo aplauz przeważnie nie jest sprawiedliwie dzielony. Owszem, mierzyć siebie swoją własną miarą to jest w życiu ważne.

No to mamy już kilka generalnych porad. A…
O seks proszę mnie nie pytać. Nie dlatego, żeby nie był ważny, ale nie chcę się w tej sprawie wynurzać.

Więc seks jest ważny i o nim nie rozmawiamy. A praca?
Praca, to banalne, jest w życiu bardzo ważna. Ale niech mi pan nie każe formułować jakiejś ogólnej reguły, co lepiej robić z czasem – spędzić go na pracy czy poświęcić rodzinie albo piciu piwa z kolegami. Każdy człowiek ma problem szukając równowagi pomiędzy dobrami. A żadna obiektywna recepta nie istnieje. Pewnie nawet nie można przypisać sobie prawa do pouczania innych: „Nie idź na piwo, skoro jeszcze możesz popracować”. W pouczaniu na ogół jest coś podejrzanego.

Ale pan szanuje Buddę właśnie za pouczanie…
Tak.

… i wielu ludzi dużo mu zawdzięcza właśnie dzięki temu, że miał odwagę nauczać i pouczać…
Tak.

… więc?
Nie twierdzę, że jest coś złego, gdy ktoś próbuje innym wytłumaczyć, że coś jest złe lub dobre. Mamy prawo to czynić również, jeżeli zdajemy sobie sprawę, że inni dokonują odmiennych wyborów. Ale do tego trzeba mieć poczucie, że jest się dobrym nauczycielem życia. A ja nie mam takiego poczucia.

Nie szukam nauczyciela. Szukam autorytetu. Nie chcę odpowiedzi łatwych ani przystępnych. Chcę usłyszeć, czego Leszek Kołakowski dowiedział się o życiu z wszystkich mądrych książek, z własnego doświadczenia i ze swoich przemyśleń. Pytam pana: Jak żyć, panie profesorze?
Ja nie wiem… Ja naprawdę nie wiem. Rozumiem, że potrzebujemy nauczycieli życia… Rozumiem, że wciąż sobie stawiamy pytanie, jak żyć?… Rozumiem, że chcielibyśmy mieć niezawodnych mistrzów… Ale nie jest pewne, czy są tacy mistrzowie, nie jest pewne, że oni muszą mieć rację, i nie jest pewne, że powinniśmy ich słuchać. Nawet dobre rady bardzo dobrego mistrza nie muszą pasować do mnie i mojego życia. Bo każdy inaczej sobie życie układa. I nie musimy się z tego tłumaczyć. Często przecież świadomie robimy rzeczy, których nie powinniśmy robić. Takie, które szkodzą nam albo innym. Mistrz powie nam, że to źle. Ale my to i tak wiemy. Powie: „Nie pij wódki”. A będziemy pili.

Bo wódka łagodzi ból duszy?
Jakoś nam pomaga. Mistrz to wie. Ale też nie powie: „Pij wódkę!”, bo nie chce brać odpowiedzialności za zło naszego życia. Zło, które czynimy, każdy sam musi wziąć na siebie. Zwłaszcza że jest też kwestia proporcji. Każdy rozumie, że inne jest zło, kiedy się raz upiję, a inne, kiedy wpadnę w alkoholizm. I każdy kiedy indziej tę granicę przekracza. Kto, kiedy – tego żaden mistrz nie wie. My sami też nie wiemy. Więc pijąc ryzykujemy… A jednak pozwalam sobie cieszyć się alkoholem. Nie w skrajnych formach, ale lubię wypić do kolacji wino, a po kolacji kieliszek koniaku czy whisky. Gdyby nawet mi jakiś wielki mistrz powiedział: „Nie pij”, nie będę tego słuchał. Bo lubię wino czy koniak. Ale też nie pijam tyle, żeby się upijać.

Strona 2 z 2

Nigdy się pan nie upijał?
Zdarzało się w moich wczesnych latach. Nie ma się czym chwalić.

A jest się czego wstydzić?
Pewnie jest. Bo to oznacza, że tracę panowanie nad mymi odruchami. To mi jednak przeszkadza. Ale samo picie – nie. Widzi pan, okazuje się, że nawet w tak banalnej sprawie nasze życie jest nieprzerwanym ciągiem zgniłych kompromisów. Kompromisów między tym, co teoretycznie uznaję za dobre, a tym, co jednak lubię, chociaż dobre nie jest. Tu zdaje się wracamy do najbanalniejszego stwierdzenia, że nikt nie jest doskonały.

I nie ma być doskonały?
Jeśli ktoś chce być doskonały, nie można mu tego zabraniać, chociaż takie pragnienie przeważnie czyni nas nieznośnymi. Kto marzy o doskonałości, zazwyczaj poucza, poprawia, daje lekcje innym i wszyscy od niego uciekają. Nie jest dobrze być nieustannym poprawiaczem i nauczycielem. To jest bardzo zły sposób na życie. Trzeba więc chyba iść na kompromisy ze sobą i światem. Owszem, robię i toleruję wokół różne rzeczy, które mi się nie podobają, może staram się je ograniczać, ale rozumiem, że dobra ważne w życiu często się kłócą ze sobą. W istocie na tym skłóceniu kłopot życia polega. Dlatego nie ma żadnej niezawodnej hierarchii wartości. Gdybym wierzył, że jest taka hierarchia, to dążyłbym do uznania jakiejś wartości za absolut i unieszczęśliwiałbym innych, a także i siebie, chociaż może udałoby mi się tego nie zauważać.

Czy ja dobrze rozumiem, że gdybym teraz znów pana zapytał: Co jest ważne w życiu, tobym usłyszał, że najważniejszy jest zapewne rozsądny kompromis?
Można tak powiedzieć, ale nie musimy robić z tego doktryny. To jest wartość, którą praktykujemy, ale której nie musimy nazywać kompromisem. Wystarczy zrozumieć, że zmniejszamy ryzyko unieszczęśliwienia, jeżeli godzimy się na miernotę życia.

Na co?
Na miernotę. Jeżeli godzę się na to, że nie będę ani papieżem, ani Gretą Garbo, jeżeli wiem, że nie jestem i nie mam być doskonały, jeżeli nie wymagam od siebie zbyt wiele, cieszę się drobiazgami, jestem pogodzony z drobnymi grzeszkami i jeżeli zgoda na takie życie mnie nie unieszczęśliwia, to wszystkim jest lepiej.

Przez miernotę do dobrego życia? Taka jest pana rada?
Może coś takiego. Ale ja nie chcę nikomu doradzać. Mówię tylko, co mi się zdaje pożyteczne.

Zapewne, jeżeli ta świadomość ma nas nie unieszczęśliwić, to najpierw trzeba się dowiedzieć, że właśnie tak jest lepiej. Więc być może stawiając taką tezę iluś ludziom otwiera pan drogę do dobrego życia.
Kiedy to nie ma z doktryny wypływać, tylko ze sposobu odczuwania świata. Świat nie jest od tego, żeby nas karmił szczęściem i upojeniem. Świat nie jest czymś, czego możemy użyć, aby zdobyć szczęście. Nie ma czegoś takiego jak szczęście. Dajmy sobie spokój z tego rodzaju poszukiwaniami. Cieszmy się miernotą w miarę możliwości unikając cierpień, chociaż całkiem ich uniknąć nie można.

Podobałby się panu świat takich much bez skrzydeł?
A zna pan jakiś lepszy? Może to nie jest program olśniewający. Ani jest szczególnie pociągający teoretycznie. Ani wysoko mierzący. Nie! To jest program skromny, ale wykonalny… I pewnie tak jest lepiej… Żeby mieć poczucie, że jest lepiej, kiedy spotykają nas nieszczęścia, trzeba specjalnego charakteru albo specjalnego przejęcia się jakimiś doktrynami. Mało kto jest do tego zdolny… Tak już jest… Wolno nam oczywiście, i może jest to nawet pożyteczne, wierzyć – jak Leibniz – że żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Wolno nam w to uwierzyć. Ale Leibniz wiedział, że tę wiarę musimy przyjąć a priori, bo Bóg musiał stworzyć najlepszy z możliwych światów. Nie mógł stworzyć świata, w którym w ogóle nie byłoby cierpień ani zła. Bo to nie jest logicznie możliwe. Albo – musielibyśmy być bezmyślnymi automatami, bez uczuć, bez zmysłu twórczego, niezdolnymi do korzystania z wolności. Więc zło, ból, cierpienie są ceną za to, że jesteśmy sobą. Ale to nie znaczy, że kiedy boli nas ząb, możemy się odwołać do rachuby Leibniza i mówić sobie: „To dobrze, że boli, bo w boskim planie ogólnym dzięki temu bólowi świat może być lepszy”. Teoretycznie to nas może przekonać, ale bólu zęba takie przekonanie przecież nie usunie.

A, panie profesorze, pieniądze? Pan ostatnio przeżył coś, co niewielu ludziom w realnym świecie się zdarza. Co milion dolarów spadający na głowę robi z filozofem?
Nic szczególnego nie robi. To nie jest żaden przełom w życiu. To nie znaczy, że ja jestem stoikiem, któremu wszystko co materialne jest kompletnie obce. Nic nie jest mi obce. Nieźle jest dostać milion. Ale dla mnie to już jest za późno, żeby zmienić życie, Rolls-Royce’a sobie nie kupię (to by była połowa mojej nagrody), nie stanę się playboyem.

A nie pomyślał pan sobie, że jednak na tym świecie jest jakaś ukryta, przekorna moc sprawiedliwości. Bo masa ludzi całe życie uganiała się za pieniędzmi i mało kto doszedł do takiej fortuny, a pan nie uganiając się, żyjąc jednak trochę jak stoik, nagle stał się bogaczem. Może jednak jest sprawiedliwość na świecie?
Nie ma! Świat, panie Jacku, nie jest sprawiedliwy. Żadnej sprawiedliwości nie ma. Sprawiedliwość to według Arystotelesa dawanie każdemu tego, co mu się należy. A my przecież nie wiemy, co się komu należy. Nikomu się nie należy, żeby wygrać milion. Nie ma sprawiedliwości w wyrokach losu. A jeżeli jest, to jest to zrządzenie Boskie, które nie ma niczego wspólnego ze sprawiedliwością w naszym rozumieniu. Bo Boska kalkulacja jest zupełnie inna. Jeżeli jakiś Boski zamysł istnieje, to jest on nam niedostępny. I trzeba się z tym pogodzić.

A gdyby jednak miał pan wybrać jedno dobro najważniejsze w życiu, to co by pan powiedział?
Najchętniej bym milczał. Ale gdyby mi pan zaczął wyrywać paznokcie albo gdyby mnie pan solidnie przypiekał, to pewnie – nie robiąc z tego żadnej sztywnej doktryny – powiedziałbym, że wśród dóbr ważnych w życiu na pierwszym miejscu jest przyjaźń. Bo w każdym ludzkim życiu jest tyle nieszczęścia, bólu, cierpienia, załamań, niepowodzeń, że bardzo trudno zmagać się z nimi samemu. Nikt nie może uniknąć w życiu niepowodzeń! Zawiedzionych ambicji, aspiracji, marzeń, cierpień zawinionych lub niezawinionych. Cierpienie właściwie wciąż nam towarzyszy. Jest o cierpieniu sławne zdanie Epikura: „Męczarnia nie do zniesienia jest krótka, a męczarnia długa jest do zniesienia”. Więc te cierpienia, które wciąż nam towarzyszą, są do zniesienia. Ale są. I musimy je znosić. A to nam przychodzi łatwiej, kiedy mamy przyjaciół.

Bo nam mogą pomóc?
Bo kiedy wiemy, że inni są z nami, jesteśmy bardziej odporni na zło tego świata. Widzimy, że są ludzie, dla których nasze niepowodzenia, cierpienia są też ich niepowodzeniami i ich cierpieniami, więc czujemy się lepiej, mamy więcej siły i odwagi. To nas pociesza i umacnia również z tego powodu, że kiedy zrobimy coś złego – a to każdemu się zdarza – przyjaciele jednak nie stracą do nas zaufania i wciąż będziemy w nich mieli oparcie. My także nie tracimy do nich zaufania, nie zawieszamy przyjaźni wiedząc przecież, że są niedoskonali. Bo w odróżnieniu od miłości, przyjaźń nie idealizuje. Jeżeli jest coś takiego jak dobre ludzkie życie, to jest to chyba właśnie życie wśród przyjaciół, którzy się wspomagają. Potrzebujemy do życia osób, na które możemy bez zastrzeżeń liczyć i którym możemy ufać, o których wiemy, że nas nie oszukają, nie zdradzą, pomogą w potrzebie i że my powinniśmy im pomagać, służyć w biedach, które przecież każdego spotykają i które bez przyjaciół bardzo trudno jest przetrwać. Co więcej – przyjaźń to jest dobro, które w bardzo dużym stopniu zależy od nas. Możemy je sami własnym wysiłkiem utkać. Bo przyjaźń to więź zaufania, którą każdy z nas może wokół siebie budować. A zaufanie pomaga. Nie tylko takie szczególne zaufanie, jakie łączy przyjaciół. Oczywiście nie możemy mieć pełnego zaufania do wszystkich. To jasne. Ale warto mieć presumpcję dodatnią, kiedy kogoś po raz pierwszy widzimy.

Czyli ufać obcemu na kredyt?
Raczej ufać z zasady. Bo bardzo niedobrze jest żyć w stałym przekonaniu, że każdy mnie może oszukać, wykiwać, wyzyskać i muszę bezustannie mieć się na baczności. Smutno jest spędzać życie wciąż nieufnie rozglądając się wokół. Przyjemniej jest być ufnym.

To brzmi dość naiwnie, a może i niebezpiecznie.
Może. Ale tak jest lepiej. Pewnie, że nie raz się rozczarujemy, ale lepiej jest czasem zostać oszukanym, niż spędzić życie w ciągłej nieufności. A poza tym nasze zaufanie czyni innych lepszymi. I nas też czyni lepszymi.

Ale przyjaźń to nie jest tylko zaufanie. Pan wierzy w przyjaźń poza interesami?
Oczywiście. Najłatwiej jest się prawdziwie zaprzyjaźnić z ludźmi, z którymi nie łączą nas żadne interesy.

Każdy by chciał mieć przyjaciół takich, na których może liczyć w najczarniejszej godzinie, ale mało kto jest pewien, że ich ma naprawdę. Skąd wziąć takich przyjaciół?
Prawdę mówiąc to chyba jest kwestia przypadku. Całe życie jest nieustannym ciągiem nieprzewidywalnych przypadków. Tak musi być i tak zapewne jest dobrze. Wielu rzeczy nawet nie trzeba próbować zrozumieć. Jest pewnie jakaś łączność duchowa, która powoduje, że z kimś się zaprzyjaźniamy, a z wieloma innymi to się nigdy nie uda, żebyśmy nie wiem jak często się z nimi spotykali. Trudno powiedzieć, dlaczego tak się dzieje, ale każdy potrafi przecież z grubsza powiedzieć, z kim się zaprzyjaźnić nie może. Ja na przykład nie mógłbym się przyjaźnić z ludźmi, których pożera żądza uczestniczenia we władzy. Nie dlatego, żebym ich źle oceniał. Nie oceniam. Mogę ich nawet polubić, spotykać się z nimi, rozmawiać. Ale się nie zaprzyjaźnię. Bo nie czuję bliskości. To chyba jest dość banalne.

Tak i nie. Bo jednak czuję coś niezwykłego, gdy słyszę od pana – z perspektywy całego pańskiego życia – że najważniejsi są właśnie przyjaciele. Czy panu się w życiu ta zasada pierwszeństwa przyjaźni sprawdziła?
Pewno nie raz. Ale nie potrafię podać konkretnego przykładu.

Miał pan przecież w życiu wzloty i upadki. Choćby kiedy wyjechał pan z Polski, to łatwo nie było. Sprawdzali się wtedy przyjaciele? Pomogli?
Pewnie, że pomagali. Ale jak teraz zacznę o tym opowiadać, to będę musiał mówić, jak bywało trudno. A nie chcę się skarżyć. Próbujmy raczej nie skarżyć się na życie. Jeżeli możemy, to trzymajmy się dzielnie. Nie krzyczmy, jaki świat bywa dla nas niedobry. Bo urągając na niegodziwość świata, częściej wystawiamy się na pośmiewisko, niż doznajemy pomocy.

A przyjaciele się wtedy nie objawiają?
Objawiają się, jeżeli samemu jest się gotowym na przyjaźń. Bo przecież są też ludzie, którzy się boją przyjaźni, którym się wydaje, że mieć przyjaciół, to narażać siebie na życiowe wydatki, wysiłki, niewygody, bez których można się obejść. Tacy ludzie sami się unieszczęśliwiają. I trudno. Pewnie nie można im pomóc. A na przyjaciołach oszczędzać nie warto. Mało który wydatek tak bardzo się opłaca.

Czy w istocie przyjaciele dlatego są najważniejsi, że przyjaźń to strefa wyłączona z ogólnych zasad międzyludzkich relacji? Bez rywalizacji, bez racjonalności, bez oceniania, szeregowania, interesowności.
Nie wiem, czy można prosto powiedzieć, dlaczego. To jest po prostu wzajemny stosunek ludzi, którzy sobie całkowicie ufają. Nie uważają, że ten drugi ma być bezgrzeszny i doskonały, ale sobie naprawdę ufają. Przyjacielowi można się zwierzyć, jeśli nam tego potrzeba, przekazać obserwacje, poradzić się bez obawy śmieszności. Z przyjaciółmi czujemy się zupełnie bezpieczni. Nie ma w życiu niczego ważniejszego. Przyjaciel to człowiek, na którego możemy liczyć bez względu na wszystko. Przyjaciel nawet nie musi nam wybaczać. Są grzechy czy występki tak okropne, że nawet przyjaźń zepsują. Ale normalne winy jej nie psują. Zepsułyby znajomość, a przyjaźni nie psują.

A miłość?
Miłość między kobietą a mężczyzną to jest większy kłopot. Tam też jest poczucie, że nie ma potrzeby wybaczenia. Też wybaczamy, ale w sposób naturalny, spontaniczny. Tłumaczymy, bronimy, a nie oskarżamy. Tak jak wybaczamy sobie.

Różnica polega na tym, że na siebie jesteśmy w sposób nieunikniony skazani. Z innymi możemy się rozstać, gdy ich nie akceptujemy. To znaczy, że przyjaźń jest jednak strefą wyłączoną z większości ogólnych zasad. Tu nie działa zasada sprawiedliwości. Kiedy na przykład pytają pana o polecenie kogoś do ważnej nagrody albo do dobrej posady, to w pierwszej kolejności zgłosi pan przyjaciela?
Ogólnej zasady nie ma.

A są punkty za przyjaźń w takiej sytuacji?
Oczywiście, że są. Będę ze szczególną życzliwością myślał o przyjacielu. I nie ma w tym nic złego.

To nie jest nepotyzm? Nie narusza to zasady równości i reguł współżycia?
Nie jesteśmy – panie Jacku – i nie udawajmy, że możemy być całkowicie bezstronni… Nie jesteśmy. Nie będziemy. I pewnie tak jest dobrze. A w każdym razie lepiej jest to przyjąć do wiadomości, niż się okłamywać. Chcemy, żeby naszym przyjaciołom dobrze się powodziło, chcemy ich wesprzeć, jeśli to w naszej mocy, jesteśmy na ich korzyść stronniczy. I niech tak już będzie.

Ależ pan teraz wygłasza pochwałę nepotyzmu.
To jest sprawa miary. Przyjaźń, która jest dobrem, i nepotyzm, który jest złem, dzieli granica miary. Ale to też nie jest żadna ostra granica. I na tym pewnie polega nasze życie. Nie ma ostrych granic. W żadnej najsłuszniejszej sprawie nie warto popadać w fundamentalizm. Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu, to znów jest w życiu ważne. Zasady nieugięte, twarde, niepodlegające korekcie, niedające się zmiękczyć – to przeważnie nie są zasady zbyt mądre. Mądre zasady nigdy nie są absolutne. Bo w życiu prawie nigdy nie zdarzają się sytuacje, w których nic się nie liczy oprócz jednej rzeczy. No i niech tak będzie. Nie ma jednoznaczności w świecie. Tak ma być. Tak chyba być musi. I tak chyba jest dobrze.

Leszek Kołakowski (1927–2009). Początkowo marksistowski dogmatyk, z czasem stał się czołowym przedstawicielem rewizjonizmu – w 1966 r. został usunięty z PZPR za krytykę politycznych i społecznych realiów PRL. Pozbawiony katedry w marcu 1968 r. wyjechał za granicę, wykładał w USA (m.in. na uniwersytetach Yale i w Berkeley), a od 1970 r. jest członkiem All Souls College na uniwersytecie w Oksfordzie. Do najważniejszych prac Leszka Kołakowskiego – spośród ponad 400 publikacji tłumaczonych na wiele języków – należą „Główne nurty marksizmu”, „Świadomość religijna i więź kościelna”, „Jeśli Boga nie ma…” oraz przypowiastki filozoficzne „Trzynaście bajek z Królestwa Lalonii dla dużych i małych”. W 2003 r. został pierwszym laureatem wartej milion dolarów Nagrody im. Johna Klugego, przyznawanej przez Bibliotekę Kongresu USA za wybitne osiągnięcia w tych dziedzinach nauk, których nie obejmuje Nagroda Nobla.

Nim stracisz zdrowie – Rozmowa z lekarzem Tradycyjnej Medycyny Chińskiej

Warto poznawać inne punkty widzenia, ponieważ poszerzają one naszą perspektywę i przybliżają nas do prawdy.

Naturalna Medycyna Chińska

Rozmowa Zofii Pierzchałowej z lekarzem medycyny chińskiej Krzysztofem Romanowskim

Krzysztof Romanowski – ur. 1953 r., absolwent AM w Warszawie, specjalista chirurgii ogólnej, lekarz Tradycyjnej Medycyny Chińskiej.

Zofia Pierzchałowa: Bardzo Ci dziękuję, że zgodziłeś się na rozmowę o temacie bardzo ogólnym i szczegółowym jednocześnie, jakim jest medycyna chińska. Zajmujesz się medycyną chińską i praktykujesz ją od kilku lat. Wiesz doskonale, że nie można o niej opowiedzieć wyczerpująco w jednej rozmowie. Tym bardziej doceniam Twoją zgodę i traktuję ją jako wyraz sympatii dla nas.

Krzysztof Romanowski: Ja również bardzo dziękuję za zaproszenie do tej rozmowy. Będzie to dla mnie przyjemność.

Zofia: Zapraszam Cię teraz do określenia co to jest medycyna chińska?

Krzysztof: Tradycyjna Medycyna Chińska jest to system medyczny z zachowaną ciągłością przekazu wiedzy od III wieku p.n.e. Z tego okresu pochodzi wielotomowe dzieło NEI JING SO WEN – Księga Medycyny Wewnętrznej. Tu właśnie sformułowano między innymi filozofię medycyny i jej etykę, która za główne zadania uznaje profilaktykę na równi z leczeniem chorych. Księga Medycyny Wewnętrznej opisuje anatomię, fizjologię, patologię, diagnostykę, strategię i taktykę leczenia oraz drogi podnoszenia stanu zdrowia narodu. W tym właśnie rozdziale omówione są zagadnienia higieny osobistej, sposobu odżywiania, prawidłowego rozkładu dnia oraz warunków pracy.

W założeniach filozoficznych medycyny chińskiej człowiek jako jedność ciała, umysłu i duszy jest łącznikiem między światem Ziemi, materii (biegun yin) a światem niebios, ducha (biegun yang). Organizm to mikrokosmos, który jest odbiciem wszechświata. W mikrokosmosie i makrokosmosie wszystkie elementy pozostają w dynamicznej równowadze pomiędzy biegunami yin i yang.Najważniejszym elementem w strukturze świata jest przemiana, ruch, dlatego fizjologia chińska koncentruje się bardziej na stanach czynnościowych narządów i związkach między narządami niż na ich anatomii.

Mechanika wszechświata i jego mikrokosmosu czyli organizmu polega na ciągłym przepływie Qi(czyt. ć?si) – czynnika quasi energetycznego. Pojęciem filozoficznym najbliższym Qi jest greckiepneuma lub energia witalna, a najbliższym pojęciem praktycznym – funkcja, np. funkcja narządu. Organizm żyje dzięki krążeniu Qi w systemie kanałów energetycznych, podobnym do układu krwionośnego lub nerwowego. Qi odżywia narządy i wszystkie struktury ciała, umożliwia też krążenie krwi.

Diagnostyka medycyny chińskiej zawiera: wywiad ustny, w tym relacje rodzinne i społeczne; badanie tętna, języka; diagnozę wizualną; ocenia się też brzmienie głosu, sposób oddychania, zapach, sposób poruszania się.

Środki lecznicze to dieta (70% siły leczenia), korekta nawyków i stylu życia, ziołolecznictwo, akupunktura, przyżeganie, masaż, chiropraktyka, Qigong (ćwiczenia które łączą specyficzne ruchy, sposób oddychania i ukierunkowanie myśli w celach leczniczych). Główną odpowiedzialność za leczenie oraz za utrzymanie stanu zdrowia ponosi pacjent.

Chińczycy nieustannie udoskonalali swoją medycynę od 2,5 tysiąca lat. Tradycyjna medycyna chińska asymiluje wszystkie nowo odkrywane zjawiska biologii, uwzględnia skutki zmian środowiska naturalnego, oraz wszystkie osiągnięcia medycyny zachodniej. Medycyna chińska pod tym względem jest bardzo czujna.

Zofia: Co Ciebie, Europejczyka, Polaka, lekarza tradycyjnie, w naszym rozumieniu, wykształconego, zafascynowało w medycynie chińskiej?

Krzysztof: Medycyna chińska przez około 3000 lat zgromadziła ogromną wiedzę o objawach i ich interpretacji. Najbardziej chyba fascynuje wnikliwość obserwacji związków między reakcjami organizmu a ich przyczynami, jak: wpływy klimatyczne, tryb życia, sposób żywienia, stany emocjonalne. Równie wnikliwe są obserwacje związków czynnościowych między narządami. Do tego dostosowano na przestrzeni wielu wieków rozgałęzione instrumentarium lecznicze, oparte na skumulowanym doświadczeniu wielu szkół medycznych. To wszystko tworzy spójny system jaki można bez wątpienia nazwać filozofią medycyny. Ten system, jak zresztą każda filozofia, posiada specyficzną metaforykę, która dla człowieka kultury zachodniej jest na ogół trudnym do przekroczenia progiem poznawczym. Postępowanie lecznicze w medycynie chińskiej sięga daleko głębiej do poziomu przyczyn niż to ma miejsce w medycynie zachodniej, w której od wieku XIX (szkoła wiedeńska) leczenie jest zorientowane głównie na likwidację objawów. Taką sytuację można by nazwać brakiem filozofii medycyny.

Zofia: Mam pewien obszar niepokoju, który związany jest z przeniesieniem czegoś, co jest dane jednemu narodowi, czy jednej kulturze w innych obszarach geograficznych, do centrum Europy, do Polski np.

Krzysztof: Chińska medycyna jest dogodna do stosowania w Europie, ponieważ terytorium Chin mieści się mniej więcej w tych samych szerokościach geograficznych, czyli mamy podobny klimat i podobne spektrum chorób. Chiny zetknęły się z chorobami cywilizacyjnymi znacznie wcześniej niż my. Przykłady można znaleźć w książce Zarys medycyny chińskiej napisanej przez dwóch rosyjskich lekarzy: Wjazmienskiego i Wogralika. Książka ta była owocem ich wieloletnich studiów i pobytu w Chinach. Autorzy podają przykłady traktatów medycznych pochodzących sprzed tysięcy lat, które opisywały zjawiska odkryte przez naszą medycynę dopiero w XX wieku. Np. Chińczycy odkryli, że śledziona jest centrum układu immunologicznego przynajmniej tysiąc lat temu, podczas gdy dla nas jest to odkrycie bieżącego stulecia. Bardzo dokładny opis układu krwionośnego w medycynie chińskiej pochodzi sprzed około dwóch tysięcy lat. W naszej kulturze zrobił to Harvey w połowie XIX wieku. Chińczycy dokonywali operacji neurochirurgicznych, torakotomii, (operacja otwarcia klatki piersiowej) i splenectomii (częściowe lub całkowite usunięcie śledziony zwykle z powodu jej uszkodzenia mechanicznego) dwa tysiące lat wcześniej niż zaczęto to robić w świecie zachodu. Ciekawostka – w Księdze Nei Jing, w rozdziale dotyczącym dusznicy bolesnej jest powiedziane, że ten typ bólów może zakończyć się śmiercią, jeżeli pomoc nie będzie udzielona w porę i zaleca się podawać: środki uspokajające, przeciwbólowe, usprawniające krążenie i regulujące czynność przewodu pokarmowego. Dzisiaj robimy dokładnie to samo!

Zofia: Czy możesz dodać coś jeszcze do tej ogólnej charakterystyki chińskiej medycyny?

Krzysztof: W historii niemal każdego systemu medycznego występowały dwa nurty. Jeden nurt, określmy go jako hipokratejski, był nurtem medycyny profilaktycznej. Taka medycyna dążyła do doskonałego odkrycia praw natury i fizjologii po to, by skutecznie unikać chorób. Ten nurt rozwijał medycynę edukacyjną, zapobiegawczą. Uczono ludzi jak żyć, żeby nie chorować. Podstawą takiego postępowania było założenie, że świat jest stworzony jako doskonały i nie trzeba nic poprawiać, wystarczy przestrzegać jego praw. Niestety, medycyna, która uczy ludzi jak nie chorować, działa jak brzytwa Ockhama, tzn. obcina zawód lekarza. Teoretycznie patrząc, lekarz może stać się niepotrzebny. Gdyby taka medycyna była zawsze kultywowana, to być może liczba lekarzy zmniejszałaby się sukcesywnie. Lekarz funkcjonowałby jako nauczyciel, albo jako osoba interweniująca w naprawdę trudnych sytuacjach. Wtedy mała ilość lekarzy zaspokajałaby potrzeby dużej grupy ludzi. Ale wtedy nie byłoby biznesu.

Drugi nurt, który zawsze współistniał w systemach medycznych a szczególnie jest rozwinięty we współczesnej cywilizacji zachodniej, dążył do maksymalnego uzależnienia człowieka od usługi lekarskiej i od leków. Tego samego rodzaju podział możemy zaobserwować w medycynie chińskiej. Pierwszy nurt edukacyjny – to medycyna taoistyczna, która obecnie nie jest popularna w Chinach. Można powiedzieć, że jest to medycyna dla wybranych. Również w Chinach sztuka medyczna skomercjalizowała się tworząc drugi nurt, który aprobuje określony sposób życia i żywienia. Jest on wprawdzie zdrowszy niż ten proponowany u nas, jednak na pewno niezgodny z ideałem proponowanym przez medycynę taoistyczną. To daje określony poziom chorób w społeczeństwie i utrzymuje określony poziom usług lekarskich. Stwarza także rynek dla produkcji szerokiego asortymentu leków naturalnych, ziołolecznictwa i akupunktury.

Obecnie akupunktura została dostrzeżona przez kraje zachodnie i szybko tam się przyjęła, głównie dlatego, że pasuje do komercyjnej medycyny zachodniej. Akupunktura może być wykonywana w różny sposób: albo na poziomie objawowym i taką uprawia się niestety powszechnie w Polsce; albo na bardzo głębokim, przyczynowym poziomie. To jest dostępne dla wybitnych specjalistów, głównie w Chinach.

Zgodnie z medycyną taoistyczną drogą zachowania zdrowia jest przestrzeganie praw natury. Niezbędne jest uwzględnianie następujących przyczyn utraty zdrowia:

  1. Nieprawidłowość odżywiania.
  2. Nieprawidłowość snu i odpoczynku.
  3. Nieodpowiednia ilość i jakość ruchu fizycznego.
  4. Niewłaściwy stan emocjonalny.
  5. Działania medycyny objawowej.
  6. Zagrożenia wynikające ze środowiska.

W szóstym punkcie chodzi o właściwe reagowanie na zmiany klimatu, unikanie szkodliwych zjawisk naturalnych (żyły wodne, pleśń itd.), unikanie negatywnych wpływów cywilizacyjnych (wszystkie skażenia przemysłowe, rolnicze, w tym także narażenie na emisję mikrofalową i wiele innych).

Zofia: W pewnym sensie z charakterystyki ostatniej wymienionej reguły wynika, że taki przeciętny tzw. zjadacz chleba może mieć wpływ na to, w jakim stopniu jego życie będzie zgodne z wymienionymi regułami. Będąc panią domu mogę decydować o tym, czy używać kuchenki mikrofalowej, czy też nie. Jak często oglądać telewizję, czy siedzieć przy komputerze? Myślę też, że mam wpływ na to, jaką piję wodę: mogę używać filtrów węglowych, używać wody mineralnej czy studziennej; albo też mogę spożywać wodę z kranu wraz z chemicznymi zanieczyszczeniami. Istnieje jednak bardzo wiele czynników, na które nie mam wpływu. Nie mam np. wpływu na zanieczyszczenie powietrza, którym oddycham, na poziom hałasu, na skażenie chemiczne żywności itd. Z punktu widzenia marzenia, aby wszyscy ludzie byli zdrowi, trzeba chcieć być odpowiedzialnym za swój los. Wiąże się to z pewnymi trudami, które każdy człowiek przyjmujący taką opcję musiałby wziąć na siebie. Po pierwsze trud związany z edukacją (co robić, aby być zdrowym), po drugie trud związany z podejmowaniem różnych działań pro zdrowotnych, np. że spędzę dwie godziny przy kuchence tradycyjnej, zamiast kilka minut przy kuchence mikrofalowej, albo przyniosę wodę ze studni, czy podejmę jeszcze inne wysiłki. Świat, który nas otacza, kusi niestety łatwością, dostępnością i szybkością zaspokajania potrzeb w sposób niekoniecznie zdrowy.

Krzysztof: Owa oszczędność czasu jest trochę iluzją. Etnografowie sugerują, że człowiek w prehistorycznych okresach potrzebował tylko około czterech godzin w ciągu doby na zaspokojenie potrzeb życiowych. To było i jest nadal obserwowane u niektórych ludów żyjących bez cywilizacji technicznej ? wiele czasu jest poświęcane na śpiew, obrzędy, rzemiosło artystyczne a przede wszystkim sobie nawzajem w obrębie rodziny. W takich społecznościach więzy rodzinne są bardzo silne a osobowość przez nie kształtowana stabilna i mocna. Czas spędzony w kuchni może też mieć swoją wartość. Ale dzisiaj ludzie podgrzewają jedzenie w kuchence mikrofalowej po to, by zaoszczędzoną godzinę mogli spędzić przed telewizorem.

Zofia: Przejdźmy teraz do bardziej szczegółowego omówienia owych reguł zdrowego życia, które wymieniłeś. Zaczęliśmy trochę od końca, od unikania zagrożeń środowiska. Następnym punktem od końca jest dystans do medycyny objawowej. Rozumiem, że zalecenie to wzięło się ze świadomości, że współczesna medycyna koncentrując się na objawach, tak naprawdę nie leczy choroby, tylko zwalcza jej objawy, co na dłuższą metę bardziej szkodzi niż pomaga człowiekowi.

Krzysztof: Tak. Istnieje pewna zasada w fizjologii, która nie jest respektowana we współczesnej medycynie, mianowicie: jeżeli zlikwidujemy objaw na powierzchni, to choroba pogłębi się lub rozszerzy na poziomie przyczynowym, czyli w głębi organizmu. Przykład: ból zlokalizowany w skroni, promieniujący do gałek ocznych, z punktu widzenia TMC jest objawem zaburzeń funkcji wątroby, a ściślej dróg żółciowych. W naszej medycynie stosuje się w takiej sytuacji środki przeciwbólowe, które uszkadzają wątrobę, co zwiększa częstość i nasilenie objawu, uzależnia pacjenta od leków. W medycynie chińskiej zastosowanie odpowiedniej korekty diety odciąża wątrobę i objaw wygasa w krótkim czasie.

Programy badawcze współczesnej medycyny zachodniej są niezwykle kosztowne. W związku z tym mogą być finansowane tylko z bogatych źródeł. Są to koncerny farmaceutyczne, które decydują o celach programów badawczych zgodnie z własnymi potrzebami. Ten fakt w znaczący sposób ogranicza możliwość wyjścia zachodniej medycyny z kręgu medycyny objawowej.

A więc, medycynę zachodnią finansują i kształtują koncerny produkujące leki i oferujące usługi medyczne, a personel w nich zatrudniony tworzy znaczącą grupę nacisku. Biznes medyczny jest zainteresowany stałym poziomem zachorowań, a nie tym, by ludzie przestali chorować z powodu skutecznej profilaktyki.

Zofia: Przerażająco logiczne. Przejdźmy teraz do czynnika psychologicznego, czyli jak powiedziałeś do utrzymywania właściwego stanu emocjonalnego. Medycyna chińska wymienia ten czynnik jako jeden z sześciu podstawowych, od których zależne jest nasze zdrowie, a więc docenia jego znaczenie.

Krzysztof: Tak, to oczywiste. Medycyna chińska bardzo silnie wiąże emocje z określonymi zaburzeniami funkcji narządów. Trzeba w tym momencie powiedzieć, że to, co medycy chińscy określają np. pojęciem śledziony, czy wątroby, to jest pewna metafora i nie oznacza tylko anatomii danego narządu oraz jego konkretnych funkcji biochemicznych. Pod takim pojęciem mieszczą się także szerokie powiązania danego narządu ze sferą psychiki i jego interakcje z innymi narządami.

Zofia: Czy możesz to zilustrować jakimś przykładem?

Krzysztof: Tak. Np. jeśli Chińczycy mówią, że Qi śledziony jest osłabione, to skutki tego układają się w długą listę objawów, które z punktu widzenia medycyny zachodniej mogą nie mieć wiele wspólnego z samą tylko śledzioną. A to dlatego, że ideogram Pi opisujący śledzionę to metafora, która odnosi się do pojęcia zhong jiao – środkowego ogrzewacza. Środkowy ogrzewacz to anatomicznie obszar mniej więcej śródbrzusza ale pojęcie to określa czynność żołądka, śledziony, jelita cienkiego oraz niektóre funkcje wątroby, czyli prawie cały układ trawienny. Osłabienie funkcji śledziony, czyli w istocie środkowego ogrzewacza, będzie rzutowało na: charakter trawienia, na efektywność pozyskiwania energii z pokarmu, na wytwarzanie krwi, na utrzymywanie krwi w obrębie naczyń krwionośnych, na funkcje immunologiczne organizmu, na transformację płynów ustrojowych i ich przemieszczanie się w obrębie ciała, na stan tkanki podskórnej, na pamięć i koncentrację (zwłaszcza pamięć związaną z procesem uczenia się) oraz na stan masy mięśniowej, w szczególności mięśni kończyn. To wszystko mieści się w obszarze pojęcia śledziony, Pi, przy czym wymieniłem tylko najważniejsze funkcje.

Gdy medycyna chińska mówi o narządach, to odnosi się nie tylko do ich morfologii, ale również do stanów czynnościowych i to nawet całych zespołów narządowych. To jest podstawowy poziom operowania pojęciami w fizjologii medycyny chińskiej.

Zofia: Bardzo mnie ciekawi, jakie środowisko emocjonalne uszkadza np. funkcję śledziony? Co człowiek musi przeżywać, lub czego nie przeżywać, żeby tak się stało?

Krzysztof: Tak działa nadmierne myślenie, obsesyjne przywiązanie myśli do jakiegoś tematu, np. poczucie krzywdy. Także smutek będzie miał pośrednio wpływ na osłabienie funkcji śledziony.

Zofia: To może nie zatrzymujmy się dłużej na śledzionie, żeby nie zaburzać jej funkcjonowania. Teraz chciałabym Cię zapytać na co wpływa gniew?

Krzysztof: Doznawanie gniewu ma uszkadzający wpływ na wątrobę i pęcherzyk żółciowy. Ale równocześnie nadmierna skłonność do gniewu jest objawem pewnego zaburzenia funkcji wątroby. Z kolei skłonność do lęku jest objawem osłabienia funkcji nerek, ale równocześnie doznawanie lęku może osłabiać funkcje nerek. Jeżeli sytuacje z doznawaniem lęku będą chroniczne, dojdzie do uszkodzenia struktury narządu. Widać tu wyraźnie jedną z istotnych różnic między tradycyjną medycyną chińską, a medycyną zachodnią, która rozpoznaje chorobę najczęściej dopiero wtedy, kiedy jest uszkodzona struktura narządu lub przy zaburzeniach parametrów biochemicznych. To jest dopiero sygnał, że należy rozpocząć leczenie. Medycyna chińska wychwytuje zagrożenie narządu chorobą znacznie wcześniej, już przy subtelnych zmianach na poziomie psychiki.

Lekarz chiński był wynagradzany za to, że ludzie na obszarze, za który odpowiadał, nie chorowali. Tracił uposażenie, kiedy zaczynali chorować. Lekarz rodziny cesarskiej, gdyby się zdarzyło, że ktoś z jej członków poważnie zaniemógł, mógł być ukarany śmiercią.

Zofia: Jeśli medycyna chińska dysponuje wiedzą o tym jak konkretne emocje mogą wpływać na funkcjonowanie określonych narządów, lub zespołów narządowych, to czy daje również wskazówki co robić z tymi emocjami. Do mojego gabinetu bardzo często przychodzą ludzie ogromnie przestraszeni, zalęknieni, z przeżyciem zagrożenia nawet wtedy, kiedy ono obiektywie nie istnieje, czy też osoby, które są w wielkich pretensjach, rozżaleniu, zagniewani na swój los, na swoich bliskich, obarczając ich odpowiedzialnością za nieszczęścia, które im się przydarzyły. Czy medycyna chińska mówi coś o sposobach radzenia sobie z tymi emocjami, o ich terapii, aby zapobiec ich uszkadzającemu wpływowi na funkcje narządów?

Krzysztof: Nie potrafię opisać procedur psychologicznych jakie oni stosują, i wątpię czy psychoterapia mogłaby rozwinąć się w Chinach. Jest to społeczeństwo które żyje według tradycyjnych, sztywnych, konfucjańskich reguł społecznego i rodzinnego życia. Rodzina w Chinach odznacza się wielką trwałością, dzieci otaczane są miłością i wielką uwagą. W związku z tym na pewno nie mają tak rozgałęzionych problemów psychologicznych jak dzisiejsi Twoi klienci. Chińczycy są w o wiele lepszej kondycji zdrowotnej pod tym względem. Wydaje się, że medycyna chińska w pierwszym rzędzie będzie wspomagała stan psychiki tego człowieka od strony organizmu, od poziomu biologicznego, według zasady, że stan umysłu jest pewną pochodną stanu ciała. Wszyscy wiemy, że to działa w obu kierunkach. Stan umysłu będzie miał wpływ na stan organów i to nazywamy somatyzacją. Niestety w naszej medycynie nie jest ani dobrze rozumiane, ani uwzględnione, w jak olbrzymim stopniu stan organizmu wpływa na stan psychiki. Medycyna chińska w pierwszym rzędzie będzie pracowała nad przywróceniem równowagi funkcjonalnej tych narządów, które mają związek z danym problemem psychologicznym. Gdy Twój klient doświadcza lęku, to oczywiście, że należy go leczyć metodami psychologicznymi, ale również można mu pomóc wzmacniając jego nerki, co w konsekwencji osłabi lęk. I to jest główna idea medycyny integracyjnej.

Zofia: W taki właśnie sposób przeżywam Twoją obecność tutaj, w Instytucie Terapii Gestalt. To jest od lat trwająca próba wspomożenia psychoterapii przez medycynę chińską i ośmielam się powiedzieć, medycyny chińskiej przez psychoterapię. Mamy przecież wspólnych klientów.

Krzysztof: Bardzo sobie cenię tę współpracę, i odkąd ona istnieje mam przyjemne uczucie, że jestem bardziej w pełni lekarzem. Pracuję za pomocą diety i ziół, ale często lecząc pacjenta tymi metodami nawet z poważnych zaburzeń, dochodzę do momentu, w którym nie można już nic więcej zrobić. I wtedy wiem, że ten pacjent wymaga pomocy psychologicznej. Jeżeli ją otrzyma i jest skuteczna, to znowu otwiera się nowy etap i ten człowiek dokonuje skoku rozwojowego. Jednocześnie jego problemy narządowe zaczynają się wycofywać. Bywa też i odwrotnie, że to wy, terapeuci, napotykacie na mur w waszym działaniu i czasem nawet banalne zmiany w sposobie życia i odżywiania pacjenta otwierają wam nowe możliwości w terapii.

Mówiliśmy o lęku i kontynuując ten temat chciałbym dodać tutaj przykład z pediatrii. Moczenie nocne z punktu widzenia medycyny chińskiej jest konsekwencją braku energetycznej kontroli nerek nad drogami moczowymi. Nazywamy to osłabieniem funkcji yang nerek. Moczenie może wystąpić z powodów emocjonalnych, np. lęku spowodowanego konfliktami rodziców. Z punktu widzenia medycyny chińskiej osłabienie yang nerek (i automatycznie śledziony) – oznacza osłabienie funkcji obronnych organizmu. Słabnie odporność, dziecko zaczyna chorować na infekcje dróg moczowych i często też oddechowych. Poddane leczeniu przez akademicką medycynę otrzymuje antybiotyki, które w jeszcze większym stopniu uszkadzają yangśledzionowo – nerkowe. Infekcje stają się częstsze i dziecko wchodzi w cykl diagnostyki szpitalnej. Okazuje się, że w jego układzie moczowym jest reflux pęcherzowo – moczowodowy (reflux – odpływ, inaczej cofanie się moczu z pęcherza do moczowodu z powodu niewydolności zastawek ujścia moczowodu do pęcherza). Sytuacja nie zmienia się, lęk trwa, infekcje konsekwentnie tłumione są antybiotykami – reflux pogłębia się. W następnym etapie pojawiają się zmiany struktury narządu i reflux staje się wadą anatomiczną. Rozwiązaniem mogłoby być uświadomienie rodziców co do lękowego tła problemu. Jeżeli to spowoduje zmianę sytuacji emocjonalnej dziecka, to jest nadzieja na zapoczątkowanie procesu zdrowienia na poziomie psychiki, a w dalszej konsekwencji na poziomie narządu. Pełne, prawidłowe leczenie, które obejmuje psychoterapię, korektę diety i podawanie ziół zmniejsza częstość infekcji, potem znikają one w ogóle, następnie zmniejsza się stopień refluxu, aż wreszcie i on znika. Na końcu zniknie moczenie nocne. To dobry przykład na to, jak początek choroby wychodzi z poziomu emocjonalnego, a w końcowym, zaawansowanym etapie choroby dochodzi do zmian anatomicznych narządów, ale też dobry przykład jak w leczeniu przyczynowym uwidacznia się charakterystyczna kolejność znikania objawów, odwrotna do kolejności ich pojawiania się. Lekarze medycyny zachodniej są gotowi operować zastawki ujścia moczowodwo – pęcherzowego, ponieważ uważają, że stan ten istniał od początku i spowodował chorobę. Nie są w stanie dostrzec odwrotnego kierunku zdarzeń, że dziecko nabyło predyspozycji do refluxu wskutek emocji lękowych, a potem stan ten ewoluował w toku błędnego leczenia. Ten przykład dobrze ilustruje jak bardzo brakuje w naszej medycynie pojęcia energii i jej ruchu. Pojęcie energii nie jest dobrym tłumaczeniem chińskiego słowa Qi, które oznacza funkcję narządu w szerokim znaczeniu tego słowa. Osłabienie Qi danego narządu może doprowadzić do uszkodzenia jego struktury. Z początku może to być uszkodzenie czynnościowe, czyli odwracalne, które powoli staje się zmianą anatomiczną. Z czasem uszkodzenie struktury tak się pogłębia, że staje się nieodwracalne.

Zofia: Wracając do wymienionych przez Ciebie reguł, omówiliśmy emocje i ich wpływ na stan naszego zdrowia. A jak jest z zalecanym przez Ciebie ruchem?

Krzysztof: Ludzie naszej cywilizacji chorują z powodu braku ruchu. Znaczna część mieszkańców krajów uprzemysłowionych prowadzi siedzący tryb życia. Brak dostatecznej ilości ruchu powoduje chroniczny stan zastoju krążenia energii i płynów wewnętrznych. Niezależnie od tego, życie w nacisku czasu powoduje również chroniczny stan napięcia ciała. Często nie jest to nawet uświadomione. Ratunkiem jest właściwa aktywność fizyczna. Dla każdego konieczna jest nie tylko odpowiednia ilość ćwiczeń rozciągających, ale także pewna wiedza na temat oddychania. Zaburzenie prawidłowego toru oddychania jest ściśle związane z chronicznym napięciem ciała. Zazwyczaj ludzie oddychają chaotycznie, pospiesznie i płytko, z częstymi okresami bezdechów. Chińczyk powiedziałby, że stan umysłu takiego człowieka jest taki jak jego tor oddychania: chaotyczny, pospieszny i płytki. To, co nam może pomóc, to odpowiednia ilość rozumnie programowanych ćwiczeń oraz właściwe, głębokie oddychanie.

Zofia: Czy spacer zaliczasz do ćwiczeń rozciągających?

Krzysztof: Spacer nie jest ćwiczeniem rozciągającym, jakkolwiek może być ćwiczeniem relaksującym. Właściwe zalecenie to co najmniej pół godziny ćwiczeń rozciągających dziennie. Oczywiście dla mężczyzn, którzy spędzają dużo czasu w bezruchu, wskazane są również ćwiczenia nieco intensywniejsze, bardziej siłowe (drążek, pompki, przysiady), ale to wszystko musi być poprzedzone bardzo dokładnym rozciąganiem. Codzienna gimnastyka poranna ma taką rangę jak podstawowe zabiegi higieniczne.

Zofia: Łączy się to z następną regułą zdrowego życia, a mianowicie rytmem snu i wypoczynku.

Krzysztof: Ważna jest ilość snu, a także rozmieszczenie tego snu w czasie doby. Przeciętnie, dorosły człowiek powinien spać około siedmiu godzin na dobę i to daje najwyższy poziom energii. Przedłużanie snu powoduje stopniowe obniżanie ogólnego poziomu energii, podobnie jest z jego skracaniem. Ważne jest nie tylko to jak długo śpimy, ale też kiedy śpimy. Najważniejsze jest to, aby przespać godziny, kiedy układ śledziona-trzustka ma swoje minimum energetyczne, są to zarazem godziny szczytu energetycznego układu potrójnego ogrzewacza co jest pośrednio związane z odbudową płynów wewnętrznych (między 21.00 a 23.00). Odbudowa płynów wewnętrznych – Jin-ye, to bardzo szerokie pojęcie które odnosi się do regeneracji krwi, układu immunologicznego i hormonalnego człowieka, i cały proces przebiega prawidłowo tylko w czasie snu. W czasie letnim zegarki spieszą się o pół godziny w stosunku do czasu astronomicznego, a więc będzie to okres między 21.30. a 23.30, zimą między 20.30. a 22.30. (czas dotyczący środkowej Polski).

Zofia: To silna konkurencja dla wszystkich filmów po 20-tej i dla spotkań towarzyskich.

Krzysztof: Czyli ratunek dla stanu umysłu – mam na myśli unikanie wpływu TV.

Zofia: Dostosowanie się do takich godzin snu, mimo przekonania o słuszności tego zalecenia, jest naprawdę bardo trudne. Mam na myśli różne pokusy, które oferuje nam życie wieczorne, a także przyzwyczajenia większości ludzi.

Krzysztof: Niestety często dopiero śmiertelna choroba pokazuje człowiekowi, że w ogóle nie ma żadnego problemu ze zmianą trybu życia i trybu snu. Musi być wystarczająco silna motywacja. Wielu tego doświadczyło. Ten sam człowiek rok wcześniej mówił, że to jest niemożliwe, a dziś mówi: ależ tak, śpię tak już od miesiąca, czuję się wspaniale. Ogromnie ważne jest także zachowanie proporcji między czasem SNU, CZYNIENIA I BYCIA. Mniej więcej po równo, 7 ? 8 godzin na SEN, na CZYNIENIE, czyli zapewnienie utrzymania , wreszcie na BYCIE, czyli odpoczynek, spędzanie czasu z bliskimi, miłość, marzenia i ulubione zajęcia, także twórcze. Byłoby dobrze gdyby powrócił obyczaj śpiewania, powszechny 2 ? 3 pokolenia wstecz. Śpiew uwalnia od napięć w obszarze gardła.

Zofia: Zapytam Cię jeszcze czy np. po 23-ciej można się obudzić i zasnąć potem o 4-tej, żeby wyrównać ilość godzin snu?

Krzysztof: Tak, po 23-ciej można się obudzić po to, żeby zasnąć o 4-tej w ramionach ukochanej osoby. Gorąco polecam.

Zofia: To bardzo optymistyczna wersja zdarzeń. Jeśli pozwolisz, zapytam Cię teraz o właściwą dietę.

Krzysztof: Omawiając prawidłowość odżywiania zacznę od używek. Istnieje sześć podstawowych używek cywilizacyjnych, które uruchamiają mechanizm wydzielania endorfiny: alkohol, tytoń, cukier, kawa, herbata i narkotyki. Mają one bardzo niekorzystny wpływ na nasz organizm. Np. cukier, kawa i herbata powodują demineralizację organizmu. Pod hasłem cukier umieszczam wszystkie rodzaje słodyczy, słodzone soki, kompoty, dżemy, słodzone napoje i miód. Substancje te są źródłem cukrów prostych, które dostają się do krwioobiegu gwałtownie, w ciągu dwóch minut od spożycia, przenikając już przez śluzówkę w jamie ustnej. Następstwem jest nieprawidłowe zjawisko przecukrzenia, które trwa do 30 minut. Zmusza to trzustkę do wydzielania insuliny w trybie alarmowym, co wyczerpuje ten narząd i uruchamia pewną kaskadę enzymatyczną we krwi. Kosztem jaki organizm ponosi dla przywrócenia równowagi biochemicznej we krwi jest znaczna utrata tzw. mikroelementów, czyli magnezu, wapnia, selenu, cynku, żelaza i witamin rozpuszczalnych w wodzie. Skuteczność demineralizacji spowodowanej spożywaniem cukru jest wysoka. Podobnie działa kawa i herbata.

Zofia: A przyjemność, którą odczuwamy, kiedy te używki konsumujemy, taka np. czekoladka?

Krzysztof: Przyjemność wynika z wydzielania do krwi endorfiny, substancji działającej jak morfina, czyli podnoszącej nastrój aż do stanu euforii. Mówimy tutaj o ośrodku nagrody, który podobno mieści się w układzie limbicznym, oraz o lokalnych ośrodkach wydzielania endorfiny na obwodzie. Endorfina jest wydzielana przez ośrodek nagrody przy różnych okazjach, między innymi w trakcie jedzenia, w sytuacjach związanych z seksualnością oraz przy wysiłku fizycznym. Endorfina podnosząc nastrój wynagradza człowieka za zachowania pro-zdrowotne lub właściwe z punktu widzenia interesu gatunku. Niestety te same ośrodki wydzielają endorfinę do krwi pod wpływem wymienionych wcześniej używek. Dochodzi do pewnego oszustwa biochemicznego, mamy nagrodę, ale za zachowanie, które zaszkodziło organizmowi. Regularne spożywanie cukru może prowadzić do cukrzycy, różnych postaci demineralizacji, jak osteoporoza, próchnica, do zaburzeń hormonalnych, obniżenia odporności, do stanów zapalnych w przewodzie pokarmowym, chronicznych zaparć, a przede wszystkim wytwarza uzależnienie.

Słodycze jako kompozycja tłuszczu, mleka (zazwyczaj mleka w proszku), cukru oraz ulepszaczy chemicznych, poddane razem obróbce termicznej, są produktem śluzotwórczym, a to znaczy też – miażdżycotwórczym. Nałogowe używanie herbaty i kawy może uszkadzać śluzówkę żołądka. Kawa i herbata zawierają metyloksantyny, które aktywizują korę mózgową. W związku z tym organizm, któremu stale dostarczamy tych używek, bardzo szybko obniża podstawowy poziom energii tak, żeby czuć się normalnie po zastosowaniu bodźca pobudzającego. Tym tłumaczy się obserwację, że po uwolnieniu się od uzależnienia od kawy lub herbaty znika uczucie chronicznego braku energii. Rozsądne, czyli okazjonalne używanie kawy i herbaty oczywiście nie stwarza zagrożeń zdrowotnych

Nie wspominam tu o narkomanii, alkoholizmie, czy nikotynizmie, które doprowadzają do wyczerpania fizjologiczną oś nagradzania. To są sprawy nie podlegające dyskusji. Każdy wie, że narkotyki, tytoń i alkohol są zagrożeniem. Natomiast co do uzależnienia od cukru, kawy i herbaty, takiego powszechnego uświadomienia nie ma, dlatego trzeba o tym mówić.

Zofia: Nie mniej jednak pijacy alkohol, czy palący tytoń, skądinąd bardzo rozsądni i mądrzy ludzie, wcale tego zagrożenia nie chcą brać pod uwagę, czy odnosić do siebie. Czy to jest właśnie ten fizjologiczny mechanizm oszukiwania siebie?

Krzysztof: Jeżeli chodzi o alkohol to wszystko zależy od tego, w jakim stopniu człowiek kontroluje jego używanie. Alkohol szybko staje się uzależnieniem, daleko wcześniej niż użytkownik zdaje sobie z tego sprawę. Wielu ludzi sądzi o sobie, że nie są uzależnieni. Jest tylko jeden test, który może to zweryfikować, a mianowicie jeśli mogą przerwać w dowolnym momencie i do niego nie wrócić – to jest odpowiedź. Oczywiście, że ludzie o bardzo silnych mechanizmach kontroli mogą funkcjonować społecznie prawidłowo będąc uzależnionymi. Nie mniej ponoszą wszystkie konsekwencje tego stanu, zarówno biologiczne jak psychologiczne, nawet dotyczące życia duchowego. Każde uzależnienie zatrzymuje rozwój osobowości. To jest dostateczny powód, dla którego człowiek powinien pozbywać się uzależnień.

Zofia: No tak, uzależnienie jest taką stabilnością w psychice, która powoduje, że nie ma motoru napędowego, aby zmieniać cokolwiek, nie mówiąc już o rozwoju. Osoby uzależnione koncentrują się na dostarczaniu sobie gratyfikacji związanych z uzależnieniem, na ciągłym stymulowaniu używkami mechanizmów endorfinowych.

Krzysztof: Dodajmy jeszcze coś o alkoholizmie. Praktycznie nie ma skutecznego leczenia alkoholizmu bez ingerencji w dietę. Alkoholizm z punktu widzenia medycyny chińskiej jest skutkiem zablokowania funkcji pęcherzyka żółciowego. Zawartość pojęciowa ideogramu Dan, oznaczającego pęcherzyk żółciowy obejmuje sam narząd, system dróg żółciowych oraz meridian pęcherzyka żółciowego. Jest to parzysty kanał energetyczny zaczynający się w okolicy bocznych kątów oka, biegnący zygzakiem po skroni, okrążający ucho, przez potylicę schodzący na barki, idący po łukach żebrowych, okrążający staw biodrowy i schodzący po bocznej stronie kończyn dolnych aż do czwartego palca stopy. Jest to jeden z dłuższych kanałów energetycznych, a jedną z jego funkcji jest kontrola napięcia mięśni ciała. Jeżeli dieta zawiera za dużo białka i soli – wędlina i żółty ser są dobrymi przykładami, (przebiałczenie diety jest typowe dla uprzemysłowionych krajów zachodnich a co do soli, to przeciętny Europejczyk zjada jej ok. 15 razy więcej niż powinien)), to dochodzi do zmian składu chemicznego żółci. Staje się ona gęstą,twardą żółcią śluzową. Chirurdzy dobrze znają przypadki pęcherzyków żółciowych bez obecności kamieni, zablokowanych gęstą żółcią, która nie może być uwolniona do dwunastnicy. Taka sytuacja powoduje, że kanał energetyczny, którego przebieg opisałem wcześniej, staje się zablokowany tak, jak jego narząd macierzysty, a ponieważ odpowiada on za napięcie mięśni, w konsekwencji pojawia się chroniczne napięcie ciała dochodzące do stanu twardości deski. Ciało takiej osoby jest napięte i usztywnione, i taki sam jest jej stan umysłu. Wtedy środkiem, który przywraca na krótko rozluźnienie fizyczne i psychiczne jest alkohol, szczególnie wysokoprocentowy – produkt o silnym działaniu rozpraszającym. Konkluzja: człowiek, który odżywia się w opisany sposób musi łaknąć alkoholu, a jeśli go nie wypije – czasem jest na granicy obłędu z powodu napięcia ciała i psychiki.

Zofia: Spotkałam się z takim obiegowym twierdzeniem, że osoby, które jedzą mięso powinny też pić alkohol.

Krzysztof: Raczej powiedziałbym, że osoby, które regularnie piją alkohol, zazwyczaj jedzą mięso. Jak mówi mój nauczyciel: nie spotkasz wegetarianina, który nadużywa alkoholu. Po kilku latach diety wegetariańskiej zauważyłem, że zdolność organizmu do neutralizowania alkoholu jest nawet wyższa niż wcześniej. Nie ma chęci na alkohol wysokoprocentowy, ale jeżeli się go użyje, to wątroba neutralizuje go szybko, ponieważ jest mniej obciążona innymi toksynami

Zofia: A co masz do powiedzenia odnośnie wina i piwa?

Krzysztof: Jeśli ktoś lubi, to w rozsądnych granicach można ich używać. I tak dobre wino i piwo jest drogie, więc nie zagraża nam przebranie w nim miary.

Wracając do problemu leczenia alkoholizmu, trudno oczekiwać sukcesu w sytuacji gdy oprócz psychologicznych uwarunkowań picia istnieje jego biologiczna potrzeba. Trzeba by niezwykle silnej motywacji aby nie przegrać. Praktyczne zalecenie to na początek trzy miesiące diety bezsolnej i wegetariańskiej. Pod koniec trzeciego miesiąca zaczyna się zmniejszać potrzeba spożywania alkoholu i wtedy zaczyna się właściwe leczenie. Trzeba jednak wprost powiedzieć, że każde uzależnienie uszkadza siłę woli. Chińczyk powiedziałby, że uszkadza funkcję nerek, a nerki są odpowiedzialne za siłę woli. To oczywiście pogarsza sytuację.

Zofia: A co w wypadku uzależnienia od narkotyków?

Krzysztof: W ujęciu medycyny chińskiej używanie narkotyków doprowadza do wyczerpania zasobów tzw. energii nieodnawialnej, Yuan Qi ? co oznacza – energia źródłowa. Przekładając to na język medycyny zachodniej jest to wyczerpanie nadnerczy. Między innymi dlatego narkomania jest tak wielkim zagrożeniem. Z całą pewnością prawidłowość odżywiania jest jednym z warunków skutecznego odwyku u narkomana.

Zofia: Co jest takiego w soli, że wymieniasz ją za każdym razem jako ten produkt, którego spożycie należałoby drastycznie ograniczyć?

Krzysztof: Sól powinna być wymieniona jako jedna z tych używek cywilizacyjnych, które mogą prowadzić do uzależnienia. Im bardziej człowiek jest impregnowany solą, tym bardziej jej łaknie i używa. Prowadzi to do wypierania tzw. biopierwiastków z komórek przez chlorek sodu. Nadmiar soli w organizmie jest istotnym zaburzeniem biochemicznym.

Zofia: Jaka dieta zatem jest najbardziej pożądana z punktu widzenia zdrowia?

Krzysztof: Jeżeli śledzi się postępy wiedzy na świecie, to nie ulega wątpliwości, że właściwym sposobem odżywiania jest dieta wegańska. To może być dieta owowegańska zawierająca jaja, lub dieta wegańska z okazjonalnymi kompromisami. Dieta wegańska zapewnia poziom białka zbliżony do optymalnego, choć i tak nieco zawyżony. W diecie laktowegetariańskiej, przy średnim poziomie spożycia produktów mlecznych mamy już do czynienia z nadmiarem białka rzędu 200 – 300%. Nie mówię tutaj o nałogowych konsumentach serów, czy o miłośnikach mleka i jogurtów, bo wtedy przekroczenie normy białka może być znacznie wyższe. Dieta bezmleczna, przy średnim spożyciu mięsa, daje to samo: 200 do 300% normy. Przeciętny Europejczyk zjada około 500% normy białka.

Zofia: Czy Chińczycy są weganami?

Krzysztof: Ci, którzy podążają za wskazaniami medycyny taoistycznej, tak. Natomiast powszechnie przyjęty obyczaj zaleca jedzenie mięsa. W Chinach panuje pogląd, że wszystko, co się rusza, może i powinno być zjedzone. Trudno zresztą oczekiwać od ludności w tak przeludnionym kraju, innego stosunku do istot żywych. Chińczycy w zasadzie nie używają produktów mlecznych, wprowadzenie jogurtów na ich rynek to kwestia ostatnich lat,. Drugim sukcesem w ramach amerykanizacji było nauczenie Chińczyków jedzenia lodów. Firma Algidawydała wielkie fundusze, żeby dokonać wyłomu w poglądach Chińczyków. To się udało w ostatnich 2 – 3 latach, obecnie Chińczycy jedzą lody i lubią je. Generalnie jednak Chińczycy nie używają słodyczy, ponieważ podstawowy poziom wiedzy o fizjologii odżywiania jest u nich wystarczający, by przeciętny Chińczyk uważał, że jedzenie cukru osłabi jego nerki. I słusznie, bo cukier działa demineralizująco, a nerki odpowiadają za gospodarkę mineralną, a więc to skojarzenie jest zgodne z prawdą.

Jeśli chodzi o mięso, to Chińczycy dbają, żeby stanowiło ono ok. 10% potrawy. Ten 10 – procentowy dodatek objętościowy w porównaniu z tym, co je się u nas, to jest bardzo mało. Dlatego też w olbrzymim programie badawczym China – project zainicjowanym przez premiera Zhou-en-lai?a, w latach 70-tych a zakończonym w 90 r., okazało się, że stan zdrowotny Chińczyków jest nieporównywalnie lepszy niż stan zdrowotny mieszkańców krajów zachodnich.China – project objął badaniami ok. 800 milionów ludzi. Samego personelu, który obsługiwał program było ok. 600 tysięcy osób. Było to największe studium epidemiologiczne na świecie. Przez 10 lat badano i porównywano sposób życia, odżywianie i efekty zdrowotne różnych grup etnicznych i społecznych w Chinach. China – project został powtórzony, zgodnie z wcześniejszym planem, w latach 80?90. w nowocześniejszym wariancie, przy współpracy ośrodków naukowych w USA i Anglii. Monografia w której opublikowano wyniki całego programu, obejmuje ponad 350 zestawień porównawczych dla 82 jednostek chorobowych, przy czym uwzględniono 150 aspektów stylu życia i żywienia, i 135 parametrów analiz laboratoryjnych. Badania opracowywało ponad sto wybranych laboratoriów w wielu krajach. Ta publikacja doprowadziła zachodnich epidemiologów i lekarzy do pewnego wstrząsu informacyjnego. Wdrożono wówczas podobne programy, chociaż na mniejszą skalę, w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Obecnie w fachowej prasie i w Internecie są dostępne podglądy wyników z tych wciąż trwających programów badawczych. Z China – project wynikło, iż najlepsze parametry zdrowia mają ludzie odżywiający się dietą ubogą, dość monotonną, najlepiej wegańską, albo do niej zbliżoną.

Zofia: W latach 70-tych spotkałam się z doniesieniem z badań Francuzów, którzy badali karmiące matki w różnych środowiskach Paryża. Okazało się, że samoistny, najdłuższy proces laktacji mają matki, które pochodziły z najuboższych warstw społecznych Paryża. To też jest potwierdzeniem tezy, że pewne ograniczenia w przyjmowaniu białka zwierzęcego w postaci mięsa czy nabiału, służą zdrowiu.

Krzysztof: To oczywiste. Z China-project wynika ewidentnie, że im bogatszy sposób odżywiania, im większa zawartość białka zwierzęcego w diecie, tym wyższy wskaźnik chorób cywilizacyjnych.

Zofia: To kłóci się trochę z tym, co proponuje Światowa Organizacja Zdrowia, że urozmaicanie jedzenia w ilości 60 różnych produktów na miesiąc, to jest coś, co zapewnia zdrowie od strony diety.

Krzysztof: Wiele zależy od tego o jakie rodzaje pokarmów tutaj chodzi. Urozmaicenie w zakresie diety roślinnej jest atrakcyjne, ale tylko do pewnego stopnia niezbędne. Deklaracja WHO nie sygnalizuje chorobotwórczego oddziaływania diety opartej na produktach zwierzęcych, jest to przykład uniku przed stanięciem wobec problemu. W urozmaicaniu diety nie ma nic niewłaściwego, jeżeli jej skład jest prawidłowy, ale podkreślić należy że niewielki stopień tego urozmaicenia jest już wystarczający. Ten fakt wydaje się być bulwersujący dla tradycyjnych dietetyków. Jednak niezależnie od stopnia niechęci do tego co nowe, nie może być wątpliwości co do diety, która obejmuje pełne zboża, warzywa korzeniowe i zielone, rośliny strączkowe, orzechy, pestki i inne nasiona, oleje, masło, owoce, zioła przyprawowe ewentualnie jajka. Jednocześnie należy dodać że prawidłowa dieta nie zawiera używek, cukru, słodyczy, miodu, produktów konserwowanych chemicznie, mleka, jogurtów, kefirów, serów, mięsa zwierząt, ptaków i ryb. To jest zasada, od której oczywiście dopuszczalne są pewne odstępstwa.

Jeżeli ktoś decyduje się na używanie produktów pochodzenia zwierzęcego, to musi znać hierarchię ich toksyczności. Najmniej toksycznym mięsem jest ryba, raczej nie hodowlana, ze względu na rodzaj karmy i dodatki antybiotyków. Na drugim miejscu co do toksyczności znajduje się mięso drobiu pod warunkiem, że to jest drób tzw. wiejski, bo chów fermowy też oparty jest na antybiotykach i nienaturalnym żywieniu. To samo dotyczy chowu masowego innych zwierząt. Można powiedzieć, że z punktu widzenia zdrowia zjedzenie mięsa jeden raz w tygodniu przechodzi bez większych złych konsekwencji, to jest granica bezpieczeństwa. Na pewno lepiej jest spożyć rybę niż jakikolwiek produkt mleczny. Mówię to ze świadomością, że ranię serca wielu joginów oraz amatorów mleka w ogóle.

Oprócz uzasadnień zdrowotnych są też ekologiczne. Hodowla zwierząt dla mięsa i produktów mlecznych wymusza określony kształt rolnictwa na świecie. Obecnie 80 – 90% gruntów rolnych jest uprawianych na pasze dla hodowli. To bardzo nieekonomiczne. 1/3 tego areału pokryłaby potrzeby żywnościowe ludzi na całym świecie w zakresie żywności roślinnej, to znaczy, że 2/3 areału mogłoby odpoczywać przez dwa lata. Wtedy nie byłoby konieczne chemiczne stymulowanie gleby, która odzyskiwałaby płodność odpoczywając. Nie byłoby konieczności wycinania lasów dla zwiększenia upraw – rocznie znika 22 mln. ha lasów na świecie. Dla uzyskania 1 kg mięsa potrzeba ok. 20 – 50 kg wartościowej żywności roślinnej, która mogłaby być spożyta przez ludzi, jednocześnie 1/3 ludności świata cierpi z powodu braku żywności, a z głodu umiera rocznie 1 milion ludzi. Jednocześnie umiera rocznie 2 miliony ludzi z powodu chorób wywołanych spożyciem nadmiaru żywności.

Zanieczyszczenie środowiska z powodu hodowli należy do najbardziej toksycznych, olbrzymie jest w niej zużycie wody i energii. Warunki życia zwierząt hodowlanych są straszliwe, sposoby masowego uśmiercania okrutne. Dewastacja środowiska, rabunkowa eksploatacja zasobów Ziemi, ogrom cierpienia zadawanego żywym istotom – to suma skutków określonej koniunktury żywieniowej.

Z tego wynika, że nie pozostawimy potomnym planety w takim stanie, w jakim ją zastaliśmy, lecz w gorszym.

Zofia: To przygnębiająca perspektywa. Przedstawiłeś nam jednak pewne reguły, czy sposoby postępowania, które pomogą nam utrzymać zdrowie.

Krzysztof: Jest już ujawnione że współczesny sposób żywienia powoduje choroby cywilizacyjne: miażdżycę, nowotwory, cukrzycę, alergie, zespół reumatoidalny, kamicę moczową i żółciową, osteoporozę, zaburzenia hormonalne, otyłość, obniżenie odporności. Są to skutki nadmiaru białka, kalorii i tłuszczu w diecie, niewłaściwych proporcji składników odżywczych oraz używek. Jeżeli zrozumiemy jak odżywianie i sposób życia wpływa na zdrowie, wtedy naprawdę mamy szansę o nie zadbać. To jest początek drogi. Potem przez pryzmat własnego interesu możemy dostrzec interes całej zbiorowości ludzkiej, a nawet wzajemne związki wszystkiego, co żyje na Ziemi. I to jest akcent optymistyczny, to jest szansa. Albo ludzie zaczną myśleć tymi kategoriami, albo wykonają wyrok na samych sobie.

Zofia: Pozostaję z nadzieją, że zaczniemy myśleć w takich kategoriach, przynajmniej niektórzy z nas. Teraz chcę Cię zapytać czy jest jakaś specyfika nas Polaków jeśli chodzi o zdrowie? Czy długi okres życia w socjalizmie, specyficzna uczuciowość Polaków, to, że żyliśmy w jakieś hierarchii zależności, a także rodzaj determinacji w naszym życiu, mają wpływ na kondycję takiego przeciętnego Polaka? Jak to się odnosi do jego zdrowia?

Krzysztof: Niestety stan zdrowia ludności w Polsce jest zły. Moim zdaniem jesteśmy populacją, na granicy biologicznego zagrożenie. Potwierdzają to znane, polskie statystyki epidemiologiczne. W porównaniu do statystyk innych krajów, nawet tych z byłej demokracji ludowej, nasze wyróżniają się negatywnie. Dlaczego tak jest? To już częściowo podsumowałaś w swoim pytaniu. Z własnej praktyki mogę powiedzieć, że porównując Polaków z pacjentami, którzy trafiają do mnie także z zagranicy (ze Skandynawii, z zachodniej Europy, z obszaru bałkańskiego i nawet z Rosji), widzę uderzającą różnicę w podstawowych parametrach zdrowia. Polacy w porównaniu z mieszkańcami innych krajów są jakby zdewitalizowani. Medycyna chińska określiła by to tak, że nasze organizmy znajdują się w stanie, w którym substancja Jing ? czyli ten materialny depozyt witalności, jest na wyczerpaniu. Składają się na to przyczyny biologiczne, środowiskowe, ale szczególnie natury psychicznej: życie w lęku, w niepewności jutra, w zagrożeniu.

Zofia: To zabrzmiało bardzo groźnie i pesymistycznie.

Krzysztof: I tak to musi brzmieć, bo to prawda. Zauważ, że Polska jest tym krajem, w którym średnia życia mężczyzn spadła już poniżej 60 lat.

Zofia: Moje ostatnie pytanie dotyczy obecności medycyny alternatywnej w Polsce. Czy istnieje jakieś środowisko, które może mieć już siłę przebicia?

Krzysztof: Na razie są to próby stworzenia środowiska. Czym jest medycyna alternatywna? W praktyce są to wszystkie kierunki pomagania ludziom, które nie są uznane przez medycynę akademicką. Z medycyną alternatywną identyfikują się środowiska praktykujące rozmaite metody uzdrawiania: liczne odmiany masażu, oddziaływania bioterapeutyczne, praktyki dietetyczne, paraleki, terapia polem magnetycznym i wiele innych. Charakterystyczne jest to, że ludzie uprawiający te dziedziny nie posiadają zazwyczaj wystarczającej wiedzy o przyczynach chorób, ani o zasadach zachowywania zdrowia, ponadto mają skłonność do ulegania iluzjom – przypisują swoim metodom niezwykłe znaczenie, czasem rangę panaceum. Atmosferę w środowisku medycyny alternatywnej określiłbym jako szum informacyjny.

Oczywiście nie neguję skuteczności terapii alternatywnych, ale podkreślam, że nawet spektakularne ich efekty zostaną zaprzepaszczone jeżeli pacjent nie zmieni chorobotwórczego sposobu życia. Tu pojawia się następny problem: jak uzdrawiacz może edukować pacjenta, jeżeli sam kończy dzień o północy, dopinguje się kawą, cukrem, tytoniem, gdy jest zatruty nadmiarem białka z mleka lub mięsa, gdy ma nadwagę i nie uprawia regularnie ćwiczeń fizycznych?

Zarzut braku wiedzy o uwarunkowaniach zdrowia można postawić praktykom wszystkich dziedzin pomagania ludziom: począwszy od oficjalnej medycyny przez homeopatię, która stała się już popularną metodą usuwania objawów, po – wybacz – psychoterapię, a skończywszy na całej mnogości kierunków alternatywnych z uzdrawianiem duchowym włącznie. Jedynym rozwiązaniem jest więc edukacja.

Kończąc, deklaruję nadzieję że wszystko dobrze się skończy. Wiem że ją podzielasz.

Zofia: Jestem pewna, że efektywnie przyczyniasz się do dzieła edukacji godząc się na publikację Twoich wypowiedzi w Gestalcie. Pozostaję z nadzieją na kolejne spotkanie, które będzie kontynuacją naszej rozmowy. Głęboko jestem przejęta Twoimi bardzo jednoznacznymi wskazaniami, co trzeba robić, aby być zdrowym, jak wypoczywać i co jeść dla prawidłowej odbudowy naszych płynów fizjologicznych. W tym kontekście medycyna chińska jawi mi się jako medycyna ZDROWIA w odróżnieniu od medycyny CHOROBY, czyli medycyny zachodniej skoncentrowanej na likwidowaniu objawów choroby. Serdecznie dziękuję Ci za rozmowę.

Wywiad Zofii Pierzchałowej z dr Krzysztofem Romanowskim został przeprowadzony dla potrzebGestalt – dwumiesięcznika Instytutu Terapii Gestalt Oddziału Krakowskiego Polskiego Stowarzyszenia Psychologów Praktyków

opracowanie: Małgorzata Maj-Nęcka

źródło: logonia.org

Jak polubić głodne tygrysy

W „Alicji w krainie czarów” królik radził Alicji, że jeśli chce dotrzeć do pięknego zamku, który widzi na horyzoncie, nie może biec w jego stronę, bo wtedy nigdy do niego nie dotrze. Musi pobiec w przeciwną. No i Alicja tak robi. A my? Wciąż biegniemy nie w tę stronę, wciąż nam brakuje pieniędzy, bezpieczeństwa albo czasu, żeby zająć się sobą…

Bardzo polecam rozmowę z Wojciechem Eichelbergerem, która ukazała się na stronie magazynu Zwierciadło http://zwierciadlo.pl/psychologia/programy-eichelbergera/jak-polubic-glodne-tygrysy-2

123rf.com

Przekonanie, że teraz już będziemy zajmować się sobą, to kolejny mit. Współczesność zwolniła nas z zobowiązań – już nie musimy poświęcać się dla rodziny, ojczyzny czy sprawy. MY JESTEŚMY NAJWAŻNIEJSI. Ale czy to dobrze dbać tylko o siebie? I co to właściwie znaczy – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Moje przyjaciółki wciąż powtarzają: „Teraz będę zajmować się sobą”. Wszyscy oglądamy seriale takie jak „Seks w wielkim mieście”, które mówią, że liczymy się tylko my, nasze: buty, praca, seks. Ale czy tak myśląc, naprawdę zajmujemy się sobą, czy tylko tak się nam wydaje?

Przede wszystkim powiem o tym, co zauważyłem i u siebie, i u innych: moment – o którym śnimy, że wreszcie będziemy mieć dość czasu, zdrowia i pieniędzy, by wygodnie rozgościć się w życiu i zajadać jego najsłodsze owoce – wciąż się skrywa za horyzontem zdarzeń. Okazuje się nieosiągalny, bo albo jest za dużo pracy, albo za mało pieniędzy, albo zdrowie za słabe. Może więc nie łudźmy się dłużej, że kiedyś nadejdzie? A może mimo to nie rezygnujmy z tego marzenia? Sam już nie wiem…

Przewrotne!

Ale realistyczne, bo wszystko wskazuje na to, że aby utrzymać poziom życia, do którego przywykliśmy, poczucie bezpieczeństwa i uczestnictwa w kulturze wyższej niż TV i net, to musimy cały czas ciężko pracować. Tym bardziej że wciąż proponuje się nam nowe, niezbędne dla komfortu gadżety i usługi…

Ale wielu uważa, że dobrze zajmuje się sobą, bo stać ich na modne ciuchy i premiery…

Jeśli jeszcze dodamy do tego budżetu koszty tzw. lansowania się, to powstaje poważna suma. Ale nawet jeśli pracujemy do upadłego i uda nam się to wszystko zdobyć i tak będziemy mieli poczucie, że jeszcze nie dość komfortu, luksusu i bezpieczeństwa. No więc znów – jeszcze cięższa praca… Nie nazywajmy więc tego zajmowaniem się sobą, tylko harowaniem dla utrzymania poziomu i reputacji. Mądre zajmowanie się sobą polega przede wszystkim na częstym używaniu słów: „dość” i „wystarczy”. Do szczęścia wystarczy nam elementarne poczucie wygody i bezpieczeństwa: trochę dobranego pożywienia, z wyczuciem urządzone mieszkanie.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7

Strona 2 z 7

A przede wszystkim czas, by można było gdzieś, niekoniecznie daleko, pojechać i żeby się można było z bliskimi spotykać, a nie tylko komunikować przez najnowszy model smartfona.

A więc jak mądrze zajmować się sobą?

Najzwięźlej ujmuje to Tony Schwartz w „Zarządzaj swoją energią, a nie czasem”. Każdego dnia musimy mieć czas, by zadbać o ciało (sen, jedzenie, ćwiczenia, przerwy w ciągu dnia), emocje (spokój, spotkania z rodziną i przyjaciółmi, czas na to, co sprawia radość, na wyrażanie innym uznania i na cieszenie się swoimi osiągnięciami), umysł (zdolność do koncentracji na jednym zadaniu, skupienia na długofalowych problemach, czas na refleksje, planowanie strategii, twórcze myślenie) i o ducha (zajmowanie się tym, co wychodzi mi najlepiej, co jest dla mnie ważne; czas i energia na zrobienie czegoś istotnego dla innych).

Dobrze zorganizowani ludzie z korporacji mają wszystko zaplanowane: jogging, pracę, jogę, kolację z przyjaciółmi, seks z netu – odhaczają z listy jak inne zadania.

Zajmowanie się sobą nie może polegać na odhaczaniu w pośpiechu kolejnych zadań. Wszyscy tęsknimy za naturalnym, zgodnym z okolicznościami rytmem życia. Nie sposób przecież zaplanować akurat 45 minut na trudną rozmowę z przyjaciółką, która cierpi z powodu rozstania, i porzucić ją w pół słowa, bo następny punkt w programie to warsztat tańca brzucha. Ale, niestety, tak to często wygląda. Troska o siebie kojarzy się nam z kolejnymi obowiązkami. Lepsze to jednak niż nic. Więc nie marudzę i gratuluję każdemu, komu uda się w plan dnia wmontować coś, co ma służyć jego ciału, umysłowi, emocjom, relacjom i duchowi. Bo to znaczy, że on wie, że jego dobrostan nie zależy tylko od pracy i pieniędzy. A jak w zajmowaniu się sobą zasmakuje, to odpuści sobie trochę pracy i obowiązków na rzecz tego, co dotąd uznawał za „bezproduktywne spędzanie czasu”.

Strony:  1 2 3 4 5 6 7

Strona 3 z 7

Czyli to nasze gadanie o zajmowaniu się sobą to wyraz głodu zajmowania się sobą?

Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jaki ten głód jest wielki. Dogania nas, gdy się na dłużej w swym pędzie zatrzymamy. Może więc nie rezygnujmy z marzenia o obiecanej krainie wolnego czasu. Niech pełni rolę memento i przypomina nam, jak powinno wyglądać życie.

Właśnie, skoro mówimy, jakie powinno być życie, to czy naprawdę powinniśmy się skupiać tylko na sobie?

Odsyłam do Tony’ego Schwartza. Gdy doświadczymy głębokich, ważnych potrzeb, czujemy, że zajmowanie się sobą w ogromnej mierze polega na niezadaniowym, bezpiecznym, uważnym i otwartym byciu z ludźmi. Jeśli zajmujemy się sobą tylko dla siebie, indywidualnie, to może oznaczać dążenie do tego, by stać się lepszym produktem poprzez inwestycję w opakowanie. Wtedy dbamy nie o siebie, lecz o lans. A może też być tak, że na skutek nadmiaru pracy i obowiązków zaniedbaliśmy relacje z bliskimi.

Strony:  1 2 3 4 5 6 7

Strona 4 z 7

Wtedy nie mamy innego wyjścia – zajmujemy się sobą dla siebie. Gdy samotnie udamy się np. na zajęcia jogi, na koncert albo na górską wędrówkę, to z pewnością spotkamy tam podobnych do nas, którzy podobnie wybrali. Wtedy indywidualistyczny początek zrodzi relacje z ludźmi. A to, czego dotkliwie brakuje nam w projekcie „zajmuję się sobą”, to bezpieczne i inspirujące relacje z ludźmi. To przyjaźń. Niedobrze, jeśli nasz dom jest miejscem, gdzie jesteśmy zawsze sami. Dom powinien być miejscem, gdzie spotykamy ludzi, z którymi się dobrze czujemy, miejscem, gdzie nas kochają i gdzie są ludzie, których my kochamy.

Ale jeśli szukamy przyjaźni, to chyba nie na jodze, bo tam jesteśmy całkiem skupieni na sobie?

Joga jest indywidualną metodą zajmowania się sobą. Ale nawet po jodze można jakiś kontakt w szatni nawiązać. To jednak prawda, że gdy rozmawiam z rodzicami o tym, jak sportowo angażować dzieci, jaki sport zacząć uprawiać na własny użytek, zachęcam ich do sportów drużynowych: koszykówki, siatkówki, piłki ręcznej. Tam działa się w zespole, a w dodatku kilka osób musi się solidarnie spotkać w określonym miejscu, o określonej godzinie i określoną ilość czasu spędzić razem. W dzisiejszych czasach okazuje się to jednak trudne. Dlatego, niestety, wygrywają te sposoby zajmowania się sobą, w których musimy liczyć tylko na siebie. No i jak pokazują badania psychologów społecznych, brak umiejętności współpracy jest w porównaniu do innych Europejczyków największym brakiem Polaków.

Wielu powie, że i na jogę, i na koszykówkę trzeba zarobić.

Ale gdy chcemy, by nam na wszystko wystarczyło, okazuje się, że nie mamy już czasu ani siły iść gdziekolwiek. Gdy zbyt długo chodzimy w kieracie, nasze potrzeby wyższe: intelektualne, estetyczne, społeczne, emocjonalne i duchowe, zanikają. Nie da się tego obejść: jeśli chcemy zająć się sobą, musimy zrezygnować z części konsumpcyjnych standardów i przyzwyczajeń. Paradoksalnie, musimy obniżyć standard życia, aby podnieść poziom zadowolenia z życia.

Strony:  1 2 3 4 5 6 7

Strona 5 z 7

To dlatego w Królestwie Bhutanu, obliczając wskaźniki poziomu życia mieszkańców, uwzględnia się ich poczucie szczęśliwości. Również z badań opinii publicznej w USA wynika, że w pewnym momencie wzrost poczucia bezpieczeństwa i standardu życia nie zwiększa poczucia szczęśliwości. To los wielu zamożnych ludzi również w Polsce, którzy nie złapali momentu „dosyć, wystarczy” i dalej podwyższali standard, brali udział w wyścigu, i cierpieli na chroniczny brak czasu.

Ale według piramidy potrzeb Maslowa jeśli nie zaspokoimy niższych potrzeb, takich jak np. bezpieczeństwo, nie odczujemy wyższych, jak miłość.

Sekret tkwi w tym, żeby w odpowiednim momencie się zatrzymać, nie pozwolić lękowi zarządzać swoim życiem, bo lęk się nigdy nie nasyci. Życie pokazuje, że Maslow nie do końca miał rację. Nie zawsze jest tak, że abyśmy odczuli wyższe potrzeby, musimy mieć wszystkie niższe zaspokojone. Wielu ludzi doświadczyło wielkich uczuciowych, moralnych i duchowych inspiracji w sytuacjach ekstremalnie trudnych , np. w wojnach. Nadmiar bezpieczeństwa i komfortu rozleniwia nas, usypia. By poczuć w pełni smak życia i potrzebę emocjonalnego i duchowego spełnienia, musi być nam choć trochę niewygodnie i niebezpiecznie.

Jest taka buddyjska przypowieść o człowieku, który siedząc na gałęzi drzewa, sięga po smakowitą wisienkę, choć na gałęzi poniżej i powyżej czyhają na niego dwa wściekłe tygrysy…

I to będzie najlepsza wisienka w jego życiu. Bo częściej doświadczamy szczęścia, wykraczając poza strefę bezpieczeństwa i komfortu: gdy wyjeżdżamy do egzotycznego kraju, w trudny klimat, żyjemy w prymitywnych warunkach, musimy uważać na niebezpieczne dzikie zwierzęta i tropikalne choroby. A w superbezpiecznym domu pod opieką ochroniarzy na ogół nie czujemy się szczęśliwi. Jako dowód przytoczę niepoprawną politycznie opowieść jednego z członków mojej rodziny. Spędził on kilka lat na Syberii wywieziony ze Lwowa przez Rosjan w 1939 roku.

Strony:  1 2 3 4 5 6 7

Strona 6 z 7

Przed wywózką żył wygodnie i dostatnio, ale cierpiał na różne dolegliwości i nie czuł się szczęśliwy. Gdy wylądował na Syberii, gdzie przymierał głodem, rąbiąc drzewo, zbierając chrust i żywiąc się tym, co udało się w lesie znaleźć, piekąc placki z żołędzi – ozdrowiał i doświadczył tak intensywnego smaku życia, że poczuł się szczęśliwy. Po latach udało mu się stamtąd wydostać i urządzić wygodnie w jednym z zachodnich krajów. Skutek był taki, że na nowo zaczął chorować i być nieszczęśliwy… Do końca życia jego najdroższym wspomnieniem był czas spędzony na Syberii, kiedy żył na krawędzi życia i śmierci – tak jak człowiek między dwoma tygrysami.

A więc to kolejny mit: konieczności zapewnienia sobie absolutnego poczucia bezpieczeństwa i wygody, by móc powiedzieć: „dobrze zajmuję się sobą!”.

W „Alicji w krainie czarów” królik radził Alicji, że jeśli chce dotrzeć do pięknego zamku, który widzi na horyzoncie, nie może biec w jego stronę, bo wtedy nigdy do niego nie dotrze. Musi pobiec w przeciwną. No i Alicja tak robi. A my? Wciąż biegniemy nie w tę stronę, wciąż nam brakuje pieniędzy, bezpieczeństwa albo czasu, żeby zająć się sobą…

Ale czy to też dobrze, że nic już nie musimy robić dla innych?

Jest taki plan, żeby przesunąć wiek emerytalny kobiet i mężczyzn. Chodzi o to, żeby i kobiety, i mężczyźni mogli aktywnie pracować do 67. roku życia, tworzyć PKB  i – kupować. Ale okazuje się, że aby kobiety mogły to robić, państwo musi przejąć opiekę nad starymi rodzicami, bo nimi często zajmują się kobiety przechodzące na wcześniejsze emerytury. Państwo musi przejąć też opiekę nad małymi dziećmi, bo już nie tylko ich matki, ale nawet babki będą ofiarnie pracowały w korporacjach. Pozbawi się więc nas bardzo ważnej sfery bliskich, międzyludzkich kontaktów i doświadczeń, po to tylko, żebyśmy mogli dłużej pracować i konsumować. Wraca pytanie z czasów komunistycznej niewoli: Czy ten system jest dla ludzi, czy ludzie są dla tego systemu?

Strony:  1 2 3 4 5 6 7

Strona 7 z 7

Współczesne niewolnictwo?

Niełatwo to dostrzec. Na pierwszy rzut oka to racjonalny wybór: kobiety będą miały takie same emerytury jak mężczyźni i nie będą musiały się zajmować starymi rodzicami ani małymi dziećmi. Ale tak naprawdę jeśli chcemy zajmować się sobą, musimy produkować czas, a nie pieniądze. I mądrze nim zarządzać – nie po to, żeby więcej pracować, ale właśnie po to, żeby mniej pracować i mieć go tyle, ile potrzebujemy do realizacji naszych ważnych psychologicznych, kulturalnych, egzystencjalnych i duchowych potrzeb, czyli do mądrego i prawdziwego zajmowania
się sobą.

Strony:  1 2 3 4 5 6 7